Oba wieczory ostatniego weekendu kwietnia spędziłem we wnętrzach warszawskiej Hydrozagadki. Odbyła się wówczas pierwsza edycja charytatywnego festiwalu Blood and Bone. Wydarzenie zorganizowano dzięki lokalnemu, post-metalowemu kwartetowi backbone, który wsparła ekipa Deerhunter Booking. Cel imprezy był szczytny – wsparcie Fundacji Rakiety. Pomaga ona osobom zmagającym się z rakiem kości. Śpieszę poinformować, że wszystkie koszty zwróciły się jeszcze w sobotę, a wpływy ze sprzedaży biletów przerosły oczekiwania inicjatorów festiwalu, czego dowiedziałem się z prywatnej rozmowy z jednym ze współorganizatorów. To bez wątpienia świetna wiadomość. Co więcej, potwierdzono, że przygotowania do kolejnej edycji festiwalu już się rozpoczęły.
Dzień pierwszy (sobota, 29.04)
Pierwszą grupą, która zagrała na deskach Hydrozagadki, była parająca się symfonicznym black metalem Sacrimonia. Występ ten wspominam jako udany. Szybkie partie gitar i podwójnej stopy perkusyjnej doskonale uzupełniały wokal Lasairy. Jedyną, aczkolwiek wyraźnie odczuwalną bolączkę setu stanowiły problemy z nagłośnieniem. Wszechobecny bas przykrył brzmienie pozostałych instrumentów. Natarczywie dudniące niskie pasma udało się ujarzmić względnie szybko, bo już mniej więcej kwadrans od startu koncertu. Później było już tylko lepiej. Nie odnotowałem żadnych błędów wykonawczych, a nieco wycofana z początku publiczność szybko dała się Sacrimonii porwać. Obserwując zgromadzonych, zauważyłem, że ten, kto przywędrował w trakcie pokazu w okolice sceny, cofał się do baru dopiero wtedy, gdy muzycy schodzili podwyższenia.

Sacrimonia
Jako drudzy zaprezentowali się gospodarze wieczoru, czyli formacja backbone. Przekrojowy set, zawierający kompozycje z albumu Embracing Dissolution oraz EP-ek Grey Foundations of Stone i Omega Wave, skutecznie wprowadził słuchaczy w klimaty doom i post-metalowe. Należy zaznaczyć, że warszawski koncert grupy był jednocześnie testem sprawności nowego gitarzysty kwartetu, Artura Ściechowskiego. Niestety, nie obyło się bez kilku wyraźnych błędów wykonawczych muzyka, co uwzględniam, ponieważ zaburzały one wykreowaną przez resztę zespołu immersję. Niemniej pojawiło się kilka momentów, które pozwalały przymknąć oko na niedociągnięcia techniczne. Bez wątpienia zaliczyć do nich trzeba bezbłędne wykonanie melancholijnego Spectral Blue Noon, dla podbicia efektu spowite gęstym dymem i oziębione granatowym światłem. Summa summarum współorganizatorzy festiwalu zagrali całkiem nieźle, ale gdyby nie wspomniane wyżej problemy natury warsztatowej, backbone na żywo odebrałbym pewnie lepiej.

backbone
Ważnym wydarzeniem pierwszego dnia Blood and Bone był pierwszy od ponad rocznej przerwy występ ROSK. Uważam zresztą, że koncert tej grupy stanowił najjaśniejszy punkt całego festiwalu. Wysoki poziom wykonawczy w połączeniu ze sceniczną pewnością muzyków wywołały wrażenie obcowania z zespołem doświadczonym i dojrzałym. ROSK zawiesił poprzeczkę nie do przeskoczenia – skąpany w świetle ciemnoszarych wizualizacji sekstet zagrał tak, jakby jutra miało nie być. Doskonale wypadło także nagłośnienie, pozostające zwarte i selektywne niezależnie od charakteru aktualnie prezentowanej kompozycji. Grupa zapowiadała, że uczestnicy wydarzenia usłyszą w Hydrozagadce trochę nowego, niewydanego dotychczas materiału. Dane słowo zostało dotrzymane. Premierowe aranżacje przywodziły na myśl dokonania Amenry. Na szczęście nowe rzeczy od ROSK nie kopiują dokonań Belgów. Jest więc na co czekać.

ROSK
Ostatnia na scenę wyszła Sunnata. Wobec twórczości tej grupy zawsze miałem mieszane uczucia, przyznaję. Na przestrzeni lat zrobiłem kilka podejść, ale nigdy się do niej nie przekonałem. W Hydrozagadce odczułem na własnej skórze, że kompozycje warszawiaków stworzone są do grania na żywo. Sekcja rytmiczna Sunnaty skutecznie wprawiała w trans, a nisko strojone gitary i wokale śpiewane w harmoniach to łatwo wpadające w ucho połączenie. Dodajmy pełen profesjonalizm w każdym aspekcie występu i tak oto, po latach, zostałem wreszcie fanem grupy. Miłym – i klimatycznym! – akcentem było celne odniesienie się do charakteru imprezy przez Szymona Ewertowskiego. Gitarzysta zapowiedział jeden z kawałków słowami: „To utwór o tym, żeby nie być obojętnym. A my dzisiaj nie jesteśmy obojętni”, po czym rozbrzmiało A Million Lives z ostatniego dotychczas albumu Sunnaty, Burning in Heaven, Melting on Earth. Dodajmy, że tekst utworu traktuje m.in.: o prawie do współdziałania oraz walki z przeciwnościami losu, niezależnie od złożoności i problematyki naszej sytuacji.

Sunnata
Dzień drugi (niedziela, 30.04)
Wieczór rozpoczęła Czerń, serwując odbiorcom dokładnie to, czego można się było po niej spodziewać: wolne, wgniatające w ziemię i przeszywające na wskroś riffy gitar, łomot bębnów oraz bezkompromisowe, skrzekliwe wokale. Nie obyło się również bez headbangingu. Odbiór Czerni w wydaniu na żywo przypomina dobrowolne zgłoszenie się na kompresję organizmu wykonywaną kilkutonowym walcem. Półgodzinny set zespołu zmiótł mnie tak bardzo, że po wszystkim musiałem udać się na świeże powietrze, by ochłonąć i zaczerpnąć oddechu.
Chwilę później nie było lżej. Na scenę wyszedł znany z chaosu Trup. Niezaznajomionych z twórczością tego projektu informuję, że skrywa się za nim trzech znanych w lokalnym podziemiu muzyków, którzy wspólnie improwizując, kreują autorski, deathowo-sludge’owy jam. Spotkania z jedyną w swoim rodzaju, potężnie brzmiącą gitarą Trupa, umiejętnie wtórującymi jej bębnami i opętańczymi wokalizami wydobywającymi się prosto z trzewi B nie sposób opisać słowami. To mocne, a jednocześnie ascetyczne widowisko, niepozostawiające nikogo obojętnym.

Trup
Przedostatnią kapelą w ramach Blood and Bone było blackmetalowe Zmarłym. Świetnie przygotowany technicznie zespół przyciągnął swoimi kompozycjami słuchaczy, którzy po kanonadzie Czerni i Trupa potrzebowali nieco oddechu. I tak oto projekt posługujący się w swojej twórczości motywem zarazy zagrał paradoksalnie najbardziej odświeżający koncert drugiego wieczoru festiwalu. Grupa promowała materiał z albumu Druga Fala zadziornie i wysoce energicznie. Łatwo było zauważyć, że po każdym kolejnym numerze Zmarłym gromadziło coraz większą publiczność pod sceną. Sam również nie opuściłem swojego posterunku nawet na chwilę. Występ świętokrzyskiego kwartetu z całą pewnością zachęcił mnie do obserwacji jego przyszłych dokonań. Nim jednak na rynku ukaże się nowe wydawnictwo zespołu, z pewnością wybiorę się zobaczyć tę ekipę w akcji jeszcze kilka razy. Dodajmy, że zarówno instrumenty, jak i wokale nagłośniono fachowo oraz sprawnie, dzięki czemu wypadły czytelnie i nie budziły większych uwag.
Festiwal zamykał występ Black Tundry, która wykrzesała na scenie gigantyczne pokłady energii i dosłownie zawładnęła Hydrozagadką. Spora część osób zgromadzonych w klubie została w nim do samego końca imprezy właśnie dla tego zespołu. Każdy, kto kiedykolwiek zastanawiał się, czy Polacy są w stanie grać sludge podręcznikowo, a więc wolno i ciężko, powinien sprawdzić promowany w trakcie występu ostatni album grupy – Daylight Dark. Wokale wykrzykiwane przez „śpiewającego” basistę Marcina Skarzyńskiego dodawały potęgi i kolorytu riffom wagi ciężkiej, a gdy przy drugim mikrofonie wspomagał go równie mocarnym głosem gitarzysta Piotr Rutkowski, sala koncertowa lokalu potrafiła dosłownie zadrżeć w posadach. Niestety, wysoki poziom głośności i nadmierne natężenie basów (wynikające również bezpośrednio z charakteru wykonywanej muzyki) spowodowały, że sporo świetnych zagrywek zlewało się ze sobą w nieczytelną papkę. Mimo wszystko Black Tundra to znakomity zespół, który w pełni podołał zadaniu zamknięcia pierwszej edycji Blood and Bone.

Black Tundra
Nim się obejrzałem, było już po wszystkim. Przez dwa dni w ciasnym i dusznym klubie wysłuchałem raptem ośmiu zespołów. Nie odczuwałem jednak niedosytu, ponieważ ilość i długość występów przemyślano i dobrze wyważono. Do samego końca festiwalu nie opuszczało mnie wrażenie uczestniczenia w porządnie zaplanowanej i bez wątpienia udanej imprezie. Z przyjemnością pojawię się na kolejnej edycji. A zatem: do następnego!
P.S.
Na zakończenie dodam, że w oba dni B&B ze sceny Hydrozagadki przemawiała Maja Surowicz-Biłyj, czyli prezeska Fundacji Rakiety. Oprócz opisania zgromadzonym charakteru udzielanej pomocy, a także zakresu działań prowadzonej przez nią placówki, w sobotę opowiedziała mocno osobistą, a przy tym niezmiernie wzruszającą historię, która doprowadziła do założenia fundacji. W niedzielę zaś zażartowała, że przemawianie na temat promocji profilaktyki w leczeniu raka kości w pauzie pomiędzy występami Trupa i Zmarłym jest dość niecodziennym i hardkorowym doświadczeniem. Jej rozbrajająca szczerość została sowicie nagrodzona gromkimi brawami publiczności (również ode mnie).
Zdjęcia autorstwa Michała Sobocińskiego – This Is Madness.
- Czernina — „Oszukać Listopad” (2025) - 21 stycznia 2026
- KANNABINOID już w styczniu w Lublinie - 3 grudnia 2025
- SYSTEM OF A DOWN, QUEENS OF THE STONE AGE oraz ACID BATH na koncercie w Polsce w 2026 roku - 10 września 2025







