W tym roku nawet Poznań zaznał metalowego przebudzenia na wiosnę. Prócz systematycznych koncertów mniejszych kapel u Bazyla, przyszedł czas na czołówkę sceny death metalu: po Morgoth i Incantation kolej na uznane nazwy: Krisiun i Cannibal Corpse.
Nie ukrywam, że wybierałem się głównie ze względu na Kanibali, których dotychczas mi nie było dane ujrzeć na żywo. Zaś Krisiun, mimo że sam zespół był swego czasu dosyć często u nas, to band, którego każdy gig to dobra okazja do ekstremalnej dawki muzy.
Koncert odbył się w Blue Note. Nie jest to klub o hiper warunkach, ale przyznam po wszystkim, że było pod tym względem nie najgorzej. Zaś w temacie frekwencji – to podobno bilety poszły wszystkie – w każdym razie w środku już od początku było ostro ludźmi nawalone. Płyty i cały merch w cenach nie powalających.
Pierwsza kapela – włoski Hideous Divinity. Przesłuchałem co prawda dwa albumy: Obeisance Rising i Cobra Verde, ale przyznam szczerze, że tylko pobieżnie. Włosi zaczęli punktualnie i bez zbędnych wstępów.
Co od razu rzuciło się w oczy/uszy to świetny bas! Zrobiłem błąd, że nie posłuchałem tych płyt dokładniej. Ta muza aż się prosi o adekwatną jakość i ilość odtworzenia, a z tym było różnie. Bez konkretnej znajomości utworów wiele detali po prostu mi umknęło.
Sam występ Hideous Divinity to niesamowicie techniczny i sprawny koncert. Połączenie nowoczesnego podejścia do death metalu, do tego bardzo zaawansowane aranżacyjnie kompozycje. Mogło się spodobać. Dużym plusem był – ba jest zapewne – osoba bassmana, facet po prostu adekwatnie się odnajdywał w skomplikowanych aranżach. Hideous Divinity na pewno swoją muza ostro zwrócili uwagę, aczkolwiek nie jest to muza łatwa na koncert. Poszczególne smaczki znane na płytach, musiały wówczas ustąpić żywiołowości.
Reasumując: warto ich dalszą drogę obserwować, aczkolwiek konkurencja w tym nurcie jest ostra. W każdym razie dzięki trasie mają świetną okazje pokazać się szerokiej publiczności. Zespół dostał swoją szansę trasy z legendą sceny. Czy to wykorzystają, to już czas pokaże.
Krisiun… Który to raz ich widzę? Nieważne. Brazylijczycy zawsze są zajebiści. Piwo dla osoby, która ich wybrała jako bezpośredni support przed CC. Nie ma co ukrywać, że Krisiun zawsze warto zobaczyć. Są po prostu stworzeni do grania na dechach klubów. Wykorzystają każdy moment koncertu, by udowodnić, że czasami płytami zawiodą fanów, to na żywo porwą ich do szaleństwa. Set Krisiun zróżnicowany, pełen polotu, oczywiście z ostatnich płyt w zdecydowanej przewadze. Do tego skromna konferansjerka dopełniała klimatu. Ludzie konkretnie reagowali. Trzeba powiedzieć wprost: Krisiun ma w Polsce wyznawców. Mnie na pewno.
Punktem kulminacyjnym tego wieczoru byli jednak Kanibale… Ponad 40 minut czas oczekiwania na ich koncert kurewsko się dłużył, w tle puszczono coverki w wykonaniu… Six Feet Under. Ktoś tam z technicznych ma poczucie humoru. Od początku czuć było ogromne oczekiwanie na Cannibal Corpse. Konkretne napięcie w widowni i wreszcie weszli. Jebnięcie od razu! Adekwatny odzew publiki. I mega młyn na „parkiecie”.
Kapela może nie porywa wizualnie, prócz wokalisty, reszta muzyków gra statycznie, ale za to jak! Cannibal Corpse to perfekcyjna machina, grająca non stop niemal bez cienia zmęczenia. Walnęli pewnie z 17 kompozycji. Mają kondycje! Ja niemal na ryj padłem.
Wokalista – Fisher – widać, że był w wybornym humorze, bo co chwila zagadywał publikę, chwaląc się swoją wyborną polszczyzną; „duże cycki”, no i obowiązkowe „kurwa”. Talent poligloty świetnie się przełożył na jego ryk i szaleństwo na scenie i przed nią.
Bawiąc się dalej w tanie opisy, to o ile Corpsegrinder był niczym rozwścieczony tur, to sama kapela niczym zombie trwała podczas koncertu. Ale to jedyny „zarzut” z mej strony. Reszta to tylko pasmo komplementów. Wykonanie poszczególnych kawałków – wzorowe. A i na dobór utworów nie mogłem narzekać – z mojego ulubionego trio: tj. debiut (2 kawałki), The Bledding (też 2) no i z Torture.
W każdym razie zapamiętałem, a raczej uzgodniłem po koncercie ze znajomymi, że poleciały: Evisceration Plague, The Time to Kill Is Now, Scourge of Iron, Death Walking Terror, Stripped, Raped and Strangled, The Wretched Spawn, Pit of Zombies, Kill or Become, Sadistic Embodiment, Icepick Lobotomy, Covered with Sores, Born in a Casket, I Cum Blood (ciągle wołany z publiki), Unleashing the Bloodthirsty, Make Them Suffer.
Pod koniec oczywiście Kanibale zagrali Hammer Smashed Face, które zmiażdżyło, ale utwór z takim riffem nie może zawieść! Dobili ostatecznie Devoured by Vermin.
Na koniec dwa zdania: Mazurek za garami jest dla mnie bogiem, ten facet jest chyba cyborgiem, cały koncert ostro napierał, nie było czuć żadnych oznak jego zmęczenia, a trzeba pamiętać, że nie miał on nawet chwili by złapać oddech. A jak już wspominałem, brzmienie w ten wieczór w Blue Note nie było złe, to i partie poszczególnych utworów były dobrze zaakcentowane. Fisher to zaś frontman – marzenie każdej kapeli, non stop w akcji, wokalnie wybornie wyryczał każdą frazę.
Reasumując: młodzież obejrzana, wrażenia mega pozytywne, stali bywalcy w postaci Krisiun – zaliczeni. Cannibal Corpse są po prostu bogami sceny, ikoną, która cały czas rozdaje karty. Jedno jest pewnie: pretendenta do koncertu roku już mam.
Poniżej kilka zdjęć z warszawskiego koncertu dzięki uprzejmości Rafał Kotylak Kotlletica Photography
Krisiun
Cannibal Corpse
- Agathocles & Psychoneurosis – „War Fetisjists Kill / Grind Resurrection” (2018) - 18 czerwca 2018
- Bottom – „Epidemo” (2018) - 18 czerwca 2018
- Indignity – „Realm of Dissociation” (2017) - 8 marca 2018
Tagi: Blue Note, Cannibal Corpse, death metal, foto, Hideous Divinity, koncert, Kotylak, Krisiun, Massive Music, photo, polska, poznań, Rafał Kotylak, Rafał Kotylak Kotlletica Photography, relacja, review, zajebisty koncert, zdjęcia.







