Esben and the Witch – Warszawa (04.04.2016)

Nie bez powodu uznałam, że starą dobrą i lekko niebezpieczną Pragę warto odwiedzić akurat czwartego kwietnia. Esben and the Witch to nieszczególnie rozpoznawalny wśród polskiej publiczności zespół, ale ten fakt z pewnością nie oznacza, że nie należało dać im szansy. Należało i to bez dwóch zdań.

Na początku z lekkim, ale nie rażącym opóźnieniem na scenie pojawił się zespół Signal from Europa. Perkusja, gitara, gitara, gitara- na scenie cztery osoby, pod sceną niewiele więcej. Rzuciwszy okiem naokoło, pomyślałam, że aż szkoda przewracać oczami, w końcu jak duże (na zdrowy rozsądek) audytorium jest w stanie zgromadzić niespełna trzyletni post rockowy polski zespolik, które swoje pierwsze, pożal się Boże, post rockowe kroki stawiał niewiele wcześniej właśnie w Hydrozagadce? Wystarczyło jednak kilka minut żebym zdążyła, lekko mówiąc, przejechać się na dotychczasowych przemyśleniach. Chłopaki z Pomorza swoim brzmeniem przywodzą na myśl (i to bez dwóch zdań!) wysokojakościowy instrumentalny post rock, zostawiając między utworami co najwyżej miejsce na pomyślenie „65daysofstatic„, „Maybeshewill„, czy, najbardziej i najgłośniej, „God is an Astronaut„. Szczęśliwie tłumik pod sceną od początku do końca występu zdążył powiększyć się co najmniej dwukrotnie. Mam nadzieję, że nie tylko przez zaplanowany na w pół do dziewiątej występ EATW.

W okolicy dwudziestej pierwszej przestrzeń między sceną a pierwszą linią publiczności zwęziła się do maksymalnie dwóch metrów, co wprawdzie nie zwiastowało z jej strony szaleństwa, ale wyglądało nieco bardziej obiecująco niż godzinę wcześniej. Od pierwszych chwil komunikacja: zespół – fani ograniczyła się do standardowego „dziękujemy-że-przyszliście-mamy-nadzieję-że-się-spodoba” i jeśli chodzi o konferansjerkę to na tym się właściwie skończyło. Koncert zdominowały utwory z longplaya „A New Nature„, od pulsującego „Press Heavenwards!” do niepokojąco nastrojowego „The Jungle„. Krzyczący i jednocześnie powściągliwi Brytyjczycy przebiegli od niepublikowanych wcześniej utworów do „No dog”, rozkładającego na łopatki chyba wszystkich, którzy zabrnęli w poniedziałek do praskiego klubu. Rachel brzmiała jak nieco wścieklejsza PJ Harvey z lat 90. połączona z nieco mniej wściekłą Kim Gordon, co wprawdzie i bez akompaniamentu robiłoby nieziemskie wrażenie, ale dodatkowe trzy (sic!), poza głosowym oczywiście, bezbłędnie wykorzystane instrumenty, sprawiły że Esben and the Witch ciężko zaszufladkować jako jakikolwiek gatunek, co szczególnie rzuca się w oczy w zestawieniu w jasno zorientowanym supportującym Signal from Europa. Taką muzykę w takim wykonaniu można by określić jako trochę krzyczącą i trochę płaczącą, porywającą i tworzącą dystans. To samo przychodzi na myśl po spojrzeniu na członków zespołu. I to chyba przede wszystkim dlatego wszystkich, którzy nie pojawili się czwartego na 11 Listopada pogoniłabym, choćby siłą, do wrocławskiego Firleja. Ciężko byłoby wyobrazić sobie lepszy występ ze strony tak niepozornego, ukrytego przez półtora godziny w niebieskich neonach, trio. A właściwie to ze strony jakiegokolwiek trio.

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .