Gdyby ktoś pięć czy sześć lat temu powiedział mi, że dobrowolnie wybiorę się na koncert Foals, prawdopodobnie zostałby przeze mnie wyśmiany, a może nawet zmieszany z błotem. Cóż, takie uroki trv kija w tyłku. Mój stosunek do Brytyjczyków zmienił się jednak diametralnie, kiedy wydali dwie części Everything Not Saved Will Be Lost, co otworzyło mnie znacznie bardziej na ich twórczość. Choć aktualnie nie nazwałbym się Foalsowym die-hardem, to w momencie ogłoszenia wizyty zespołu na Letniej Scenie Progresji od razu wiedziałem, gdzie będę spędzał 25 czerwca – właśnie na organizowanym przez Charm Music Polska koncercie.
Z powodu nawigacji, która nie miała bladego pojęcia o zmianach w warszawskim ruchu tramwajowym, dotarłem na miejsce 25 minut po rozpoczęciu występu polskiego Tappahall supportującego Foals. Niestety techniczni przygotowywali już scenę dla gwiazdy wieczoru, Białostoczanie dostali więc widocznie jakieś 20 minut na zaprezentowanie swoich umiejętności. Mało, ale mogłem przynajmniej od razu (no, po odstaniu kolejnych 25 minut w kolejkach do WC czy „wodopoju”) przejść do „dania głównego”.

Foals na europejską trasę przygotowali prawdziwie mocarną setlistę (choć 2001 i (summer sky) bez mrugnięcia okiem zamieniłbym na coś innego). Początkowo odniosłem wrażenie, że Yannis Philippakis z kolegami nie kipią jeszcze energią, którą zapowiadali mi znajomi, i to pomimo świetnego otwarcia w postaci Wake Me Up i The Runner. Panowie, niesieni przez zgromadzonych pod sceną ludzi, rośli jednak z każdą minutą, a od Olympic Airways było już doprawdy rewelacyjnie. Wigor płynący z coraz większą mocą z głośników (wypada przy okazji wspomnieć, że nagłośnienie przygotowano świetnie: zero zlewania się dźwięków, doskonale słyszalny wokal Philippakisa, fantastyczny bas) udzielał się entuzjastycznie nastawionej publiczności. Swoją drogą, publika zasługuje na kilka osobnych słów – nauczony większością moich koncertowych wizyt w Warszawie spodziewałem się raczej statycznej ludzkiej masy. Dostałem tymczasem żywiołowo bawiących się, szczęśliwych ludzi oraz liczbę ścian śmierci – oczywiście w łagodniejszym wydaniu – znacznie wykraczającą poza tę, jaką zazwyczaj widzę na metalowych eventach. Naprawdę, w takim szaleństwie jak na Black Bull, My Number czy całym bisie nie uczestniczyłem od dawien dawna. Ponadto publika przyjęła zespół niezwykle gorąco, często wywołując na twarzach muzyków szerokie i szczere uśmiechy.

Wróćmy jednak do gwiazdy wieczoru. Jeśli lubicie Foals, to musicie wiedzieć, że koncertowo wypadają oni jeszcze lepiej niż na płytach. Nawet numery z tanecznej (i, w mojej ocenie, niezbyt udanej) Life Is Yours na żywo dostają drugie życie i brzmią bardziej rockowo od nagrań. Pozostałe kompozycje również spisują się po prostu… „bardziej” – niektóre wypadają ciężej, inne energiczniej i skoczniej. Dodatkowo zespół często ubarwia swoje kawałki świetnymi przedłużonymi partiami instrumentalnymi, sprawiając tym samym, że są lepsze – w Warszawie zmodyfikowano tak między innymi kończący główną część koncertu Inhaler. Jak już wspomniałem, panowie potrzebowali troszkę czasu na rozkręcenie się, co jednak szybko im się udało i miało się wrażenie, że również nieźle się bawią. Podczas What Went Down frontman zespołu wyszedł nawet do publiczności, aby przez chwilę śpiewać w otoczeniu fanów, wcześniej zdarzyło mu się także zawędrować z gitarą pod barierki.

Setlista:
Wake Me Up
The Runner
2001
(summer sky)
Olympic Airways
2am
In Degrees
My Number
Black Gold
Spanish Sahara
Milk & Black Spiders
Black Bull
Inhaler
Mountain at My Gates
What Went Down
Two Steps, Twice
Będąc zupełnie szczerym, z Warszawy wracałem nieco zaskoczony. Wprawdzie spodziewałem się, że koncert się uda, nie przygotowałem się jednak na petardę, która przyćmi sporą część eventów, w jakich brałem udział, odkąd po raz pierwszy poszedłem na jakikolwiek koncert. Dopisało absolutnie wszystko: pogoda, główna gwiazda, nagłośnienie i publiczność. Szkoda jedynie, że support dostał tak mało czasu i że Foals nie pociągnęli swojego występu trochę dłużej, chociażby do 22. Nim zdążyłem się zorientować, upłynęło 1,5 godziny, a zespół pożegnał fanów, pozostawiając nas z pozytywną energią i dobrym wspomnieniem świetnego występu.
Autorem zdjęć jest Wojciech Iwaszkiewicz. Więcej fotografii z koncertu znajdziecie pod tym linkiem.
- Morpholith, Moonstone, Triangle Choice – Katowice (08.04.2026) - 17 kwietnia 2026
- HellFuck – „9 Nails Hammered Into the Flesh of God” (2026) - 9 kwietnia 2026
- Pothamus – „Abur” (2025) - 31 marca 2026
Tagi: Charm Music Polska, Foals, gramy doWoli, Letnia Scena Progresji, relacja, report, warszawa.






