Infected Rain, Dagoba, Once Awake – Hydrozagadka, Warszawa (25.04.2022)

Dżdżysty poniedziałek nie wkurza aż tak bardzo, jeśli w perspektywie ma się suto zaprawioną metalową ucztę, i to pełną smaków z wielu zakątków Europy. W pierwszy dzień tygodnia na scenie warszawskiej Hydrozagadki spróbować można było ostrej muzycznej strawy od norweskiego Once Awake, francuskiej Dagoby i mołdawskiego Infected Rain. Międzynarodowy metalowy tryptyk, pomimo poniedziałku i przeciętnej pogody, zdołał ściągnąć do popularnego praskiego podwórka sporą rzeszę fanów mocnego grania. Po czasach koncertowej posuchy spowodowanej pandemią wielu z nich (w tym ja) na pewno było „na głodzie”. Dla mnie to jeden z pierwszych koncertów po dłuższej przerwie. Jak dobrze wrócić!

Powroty niekiedy bywają bolesne, ale nie tym razem. Praski klub zapowiadał ten wieczór w swoich social mediach, wskazując na narodowość grupy Once Awake, która miała być gwarancją jakościowego metalu (zdjęciem dla przykucia uwagi była stopklatka z wywiadu-klasyka z Gaahlem z Gorgorotha). I faktycznie – czwórka muzyków z norweskiego Bergen przywiozła do Warszawy muzyczne dobra wysokiej próby. Zespół zaprezentował materiał wybrany z trzech wydanych od 2017 roku longplayów, charakteryzujący się potężnymi, szybkimi riffami, naprawdę dobrym ostrym krzykiem, mnóstwem scenicznej energii, a także zawsze godną pochwały chęcią interakcji z publiką. Okazjonalny czysty śpiew, harmoniczne melodie oraz częste zmiany tempa sprawiły, że czterdziestominutowy set był urozmaicony, trzymał muzyczną uwagę i pokazał, że Once Awake to zespół ze sporym potencjałem. Dobre wrażenie koncertowe robiły utwory z ostatniego albumu – Bridgeburner. W tym roku ma się ukazać nowy materiał Norwegów. Nie zabrakło też „powrotu do korzeni”, a Roots Bloody Roots spotkało się z widocznym entuzjazmem nawet tych, którzy do tamtej pory występu Norwegów słuchali w pełnym skupieniu.

Ewidentną inspirację Once Awake bez wątpienia stanowi szwedzki In Flames (co potwierdzała koszulka wokalisty). Nie sposób jednak nazwać zespół zniechęcającą kopią Szwedów. Choć z Göteborga do Bergen nie jest tak daleko, to Once Awake ma w sobie bliżej nieokreślony ekstrapierwiastek: ich muzyka wali w twarz jakoś inaczej. Chodzi pewnie o to świeże norweskie powietrze i bliskość fiordów (zobacz galerię z koncertu).

Po zasłużonym aplauzie, zejściu Norwegów ze sceny i krótkiej planowej przerwie („czasóweczka” przez całe wydarzenie na tip-top!) przyszedł czas na pierwsze plat du jour. Z Morza Północnego przepłynęliśmy na wybrzeża Marsylii, gdzie w 1997 roku powstała Dagoba. „Więcej dymu!” – to hasło bez cienia wątpliwości przyświecało osobom odpowiedzialnym za przygotowanie koncertu Francuzów. Zespół wszedł na scenę w mgle gęstej niczym z okładki wydanego w lutym albumu By Night, pierwszego po pięciu latach przerwy. Po wybrzmieniu intro Neons Shawter z kolegami przeszli do polowania na serca publiczności. Dagoba rozpoczęła mocarnym nowym materiałem – The Hunt i Sunfall. Wokalista przywitał się ciepło, wspominając zagrany 16 lat temu (!) w warszawskiej Stodole koncert z In Flames i Sepulturą, a następnie rozgrzał tłum, zachęcając do podniesienia rąk. Do żywiołowego pogo na turboszybkim Black Smokers nie musiał namawiać.

Z czasem ciężar muzyki wzrósł. Pojawiły się kolejne utwory z nowej płyty, stanowiące mniej więcej połowę godzinnego setu. Pozytywne nastawienie zespołu zbudowało świetną atmosferę. „I love pierogi” – wyznał w końcu wokalista, czym całkiem kupił warszawską publikę. Oj, podobało się! Słuchacze odpowiedzieli jakże łatwo „skandowalnym”: „DA-GO-BA!”. Udało się nawet zrobić ścianę śmierci. Końcowe fragmenty koncertu to m.in. Stone Ocean i The Things Within. Zespół podziękował i otrzymał donośny aplauz przy dźwiękach Jump Van Halena. Nowy materiał wypadł bardzo korzystnie i świeżo. Dagoba trwa. Czekamy na więcej. Au revoir! (zobacz galerię z koncertu).

 Co wiesz o Mołdawii? Stolica: Kiszyniów. Napój: wino. Zespół: Infected Rain. To z grubsza tyle . Pierwszy raz widziałem ich w 2017 roku w Tychach (bilet kosztował 23 zł!). Swoją sceniczną energią potrafili rozruszać przybyłych fanów metalu, mimo że tych przybyło niewielu. Wytatuowana od stóp do głów, machająca dredami, rycząca Lena Scissorhands była performancem samym w sobie. Po występie autografy, zdjęcia, rozmowy, drinkowanie z uczestnikami koncertu. „Kiedyś chodziłem na Metallicę na Śląski czy Narodowy, ale mi się znudziło. Teraz wolę koncerty zespołów z Mołdawii za dwie dychy” – tę historię opowiadam bardzo często.

Co zmieniło się przez te pięć lat? Przede wszystkim Mołdawianie podpisali w 2019 roku kontrakt z Napalm Records. Zaowocowało to m.in. albumami Endorphin i Ecdysis oraz wysypem teledysków wysokiej produkcji. Na warszawskim koncercie było widać sporo osób w koszulkach IR, zauważono też flagę Mołdawii. Akt finałowy metalowego tryptyku wystartował punktualnie o 22:00 z Pendulum z przedostatniej płyty i dobrze znanym Mold. „Zajebiście!” – swojsko przywitała się z publicznością wokalistka, dziękując za ciepłe przyjęcie. Na uwagę zasługuje też jej reakcja na wykrzykiwanie jej imienia przez jedną z fanek pod sceną. – Ten zespół nazywa się Infected Rain, nie Lena.

35-latka jest bez wątpienia znakiem rozpoznawczym mołdawskiego składu – to ona jest gwiazdą teledysków i sesji zdjęciowych. Bez niej Infected Rain nie miałby szans znaleźć się w miejscu, w którym jest obecnie. Dobrze, że palma nie odbija. Skoro jestem przy Lenie, to zachęcam do obejrzenia naszego wywiadu wideo w ramach KVLT Interviews, którego dopuściłem się w 2019 roku. Wokalistka opowiada m.in. o realiach pracy bez wytwórni, utrudniających koncertowanie wymaganiach wizowych, muzycznej scenie Mołdawii, tatuażach i najbardziej pamiętnym występie w Polsce. Polecam również galerię wykonanych przez naszego fotografa zdjęć z poniedziałkowego koncertu.

Warszawski pokaz Infected Rain udowodnił, że zespół nie traci pary ani radochy z grania. Występy cały czas są bardzo energetyczne, a w nowym materiale czuć moc. Postmortem Pt. 1 czy Fighter były tego najlepszą oznaką. Najbardziej adrenalinę podniósł jednak klasyk – Orphan Soul. Lena i gitarzysta Vidick siekali dredami, niemal zahaczając o twarze osób stojących najbliżej sceny. „Zajebiście, kurwa, pięknie!” – to ulubione polskie słowa wokalistki, które można było usłyszeć także na wcześniejszych koncertach IR. Publika odpowiedziała skandowaniem nazwy grupy. Na jeden z ostatnich utworów zespół zaprosił bliżej sceny fotografkę na wózku. Bardzo fajny gest.

Metalowy wieczór w ramach trasy Ecdysis by Night („You see what I did there?”) przypieczętowało szalone skakanie na Sweet, Sweet Lies. Rogi w górę do wspólnej fotki i dzieło się dopełniło. Metal is strong. Ach, jak dobrze wrócić!

Wywiad z Leną Scissorhands

TomekB
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , .