Mystic Festival 2026 – ostatnia edycja w gdańskiej stoczni
Początek czerwca w świeckiej tradycji festiwalowicza muzyki ciężkiej i okolic oznacza tylko jedno – wizytę na Mystic Festival! Ostatnia, piąta edycja w miejscówce gdańskiej stoczni po raz kolejny okazała się nie tylko przystankiem na mapie koncertowej, ale utwierdzeniem w przekonaniu o najwyższym poziomie imprezy masowej o takiej skali dla tak specyficznego targetu, jakim są maniacs, stonerowcy, białe adidaski, metalcore’owcy, ambientowcy, post-metale i inne ultrasy. Wszyscy z jednego kotła, choć każdy inny, z niekłamaną ekscytacją wybierali co dla nich najlepsze: od wielkich nazw w postaci Down, Megadeth, Mastodon, Black Label Society czy Corrosion of Conformity, po odkopane z odmętów Djerv, Discharmonic Orchestra, The Gathering, polską scenę z ugruntowanymi cnotami, to znaczy markami, od Decapitated, Behemoth, Damnation, niszowe jazzy jak Quantum Trio, przedziwne Neptunian Maximalism, albo progowe kosmosy Blood Incantation. W przerwach między wędrówkami od sceny do sceny na spragnionych oddechu czekały strefy relaksu, wywiady w ramach Mystic Talks, wystawa plakatów Jakuba Demiańczuka, retrogaming w piwnicach, VHS Hell z repertuarem dla widza wymagającego oraz wrestling podkręcony tematycznymi muzycznymi bitwami gatunkowymi.
Mystic Festival 2026 w Gdańsku – nostalgia, ciężar i pożegnanie wyjątkowej lokalizacji
Być może przesadzam, ale ta edycja od początku nosiła znamiona nostalgii, końca pewnej epoki i świadomości rozpoczęcia kolejnej. Klimatu, jaki ma stocznia, po prostu nie da się odtworzyć – coś tutaj definitywnie dobiegło końca. Nie ma jednak co płakać, bo już wiadomo, że za rok Mystic odbędzie się w gdańskiej Letnicy, obok Polsat Plus Areny. A ponieważ Mystic Coalition udowodniło przez ostatnie lata, że dysponują świetną ekipą z ogromem doświadczenia, pomysłów i niespożytą energią, można spokojnie spodziewać się… niespodziewanego w nowym festiwalowym miasteczku.
Tymczasem zapraszam do wspominek i podwójnej relacji z wydarzenia!
Relacja z Mystic Festival 2026 – Warm-up Day
Moja rozgrzewka mysticowa to przede wszystkim oczekiwanie na odgrzanego kotleta, o którym niemal zapomniałam, w postaci Discharmonic Orchestra. Och, jak byłam ich ciekawa na żywo! Zanim jednak godzina wybiła, sprawdziłam jak wyglądał tegoroczny rozstaw scen i co gdzie można zakupić. Zmiany, zmiany, ale minimalne – wróciła mała scena plenerowa na Elektryków jako The Void, Drizzly Grizzly zamieniło się w strefę relaksu i wywiadowczą dla Mystic Talks, B90 zostało Sabbath Stage, po drugiej stronie klubu dostaliśmy Monster Energy Dessert Stage, plus dwie plenerówki: Park Stage i główna, największa. Najpierw podejrzliwy look na dwie pierwsze propozycje od Extensy i Blackgold. Pudło, ale i za wczesna pora na westchnienia, więc zawrót na pięcie na death metalowe Embryonic Autopsy i równie szybki zwrot do światła. Właściwym rozpoczęciem dla mnie został zespół pieśni i tańca Dola. Świetna energia, miły sludge tu i ówdzie, zero zaskoczenia dobrą formą, same pozytywy, tym bardziej, że bałam się o tę mini-scenę. Zanim udałam się do miejsca przeznaczenia tego dnia, szybki rzut uchem na Frontside. Wszystko rozumiem, że nowy na wokalu chciał pokazać, co potrafi, rozumiem też, że zespół ma swoją fanbazę, bo publika dopisała całkiem potężna. I na tym poprzestanę, wybaczcie, z pięciu minut pobytu na tym koncercie wnioski mam niemiłe i nie muszę się nimi dzielić. Za to skrajnie inne odczucia wywołali doświadczeni życiem Discharmonic Orchestra. Bardzo podobał mi się ten eklektyzm na scenie. Jak już robić miszmasz, to wskazany z polotem godnym ich wyobraźni. Setlista najlepsza – pojawiły się The Venus Between Us, Perishing Passion i parę hitów z mojej ulubionej płyty Not to Be Undimensional Conscious. Dostaliśmy nawet klang, na przykład w The Return of the Living Beat. Zdziwieni? Tak, widziałam po niektórych twarzach. Kochani, awangardowy death to u nich tylko definicja z założenia. Świetna rzecz. Tymczasem w pięknym słońcu na Park Stage zainstalował się teksański Kublai Khan TX, czyli metalcore(?)/ hardcore z wokalistą w białej bokserce, który pokrzykiwał, wygrażając niebu, i napinając mięśnie. Nie powiem, że mi się podobało, ale coś tu się jednak zdarzyło, prawie nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Fajnie zaskoczył za to Neckbreakker, wręcz tak, że dziś wspominam ten ciężar jako jeden z lepszych dnia pierwszego. Później wybierać mi było dane między Grave a Damnation, więc każdego zobaczyłam po mniej niż pół. Coś niedobrego działo się na scenie Desert, Grave nie brzmiał dobrze, o tajemnej selektywności (uwielbiam to słowo) nie było mowy. Za to Damnation w update’owanym składzie całkiem okej. Update okazał się zresztą słowem-kluczem dla wielu zespołów występujących w tym roku, tak na marginesie. Dalej Six Feet Under z ciekawości. To nie są i nie będą moje rejony, znam memy, znam anegdotki, i taki ze mnie tu znawca ich dorobku, jak każdy profesor internetu od nagłośnienia tudzież układania line-upu na festiwalach. Ale co tu się wydarzyło – kwiki, dystans na scenie, bez koszmarków w postaci coverów AC/DC, w swej brzydocie było to w jakiś sposób niemal urocze, że nic sobie nie robili z każdego potknięcia. A może to tak właśnie miało być? Kolejny przystanek to Unleashed i tu się muszę zatrzymać, żeby jeszcze raz złapać oddech w myślach. Tak dusznego, zadymionego i lepkiego koncertu nie doświadczyłam już później. Nie dało się tu ustać, ale to też świadczy o wysokim jednak zainteresowaniu mysticowców szwedzkimi deatmetalowcami. Niestety zawód, bardzo niemerytoryczny, wybaczcie, dla mnie ewakuacja była konieczna. Na liście do odhaczenia modern metal od Ice Nine Kills oraz punkt wieczoru Neptunian Maximalism. Ten pierwszy okazał się tym, czym myślałam, czyli jestem stara. Festiwalowy metalcore sprawdzam zawsze dla zabawy, a tu mieliśmy taki z gwiazdką, w klimacie horroru, z elementami nu metalu, może w kierunku Sleep Token. Nie, oj nie łapię się w target, niemniej doceniam dynamikę na scenie (!). Za to belgijski kolektyw drone-jazzowy Neptunian Maximalism to mieli być moi ludzie! Może i zagrali jeden numer, który trwał 27 minut, w tym 15 minut pralkowego intro. I może ledwo to przeżyłam, ale przynajmniej nic z tego nie zrozumiałam. Ostatnim punktem Warm-up Day był Kanonenfieber, czyli czołgi, wojna, black/death, bardzo ładnie. Niby w punkt, ale nie zrobił na mnie takiego koncertowego wrażenia, jak za pierwszym razem niegdyś, dwa lata temu, zostawiam rozprawę na ten temat innym.

Warm-up Day na Mystic Festival 2026 [red. Synu]
Line-up Mystic Festival 2026 nie przekonywał mnie do tegorocznej wizyty w Gdańsku tylko do chwili, gdy w sieci gruchnęła informacja, że będzie to pożegnanie imprezy z dotychczasową lokalizacją. Last dance w gdańskiej stoczni po prostu nie mógł odbyć się beze mojego udziału. Dziś wiem, że była to decyzja absolutnie słuszna. Mimo skromniejszego – jak na możliwości i rangę imprezy – składu, liczba znakomitych koncertów i zapadających w pamięć wydarzeń godnie zamknęła stoczniowy rozdział historii Mystica.
Logistyka środka tygodnia sprawiła, że do Gdańska dotarłem dopiero późnym popołudniem Warm Up Day. Festiwal zainaugurowałem koncertem Damnation i muszę przyznać, że był to początek wyjątkowo udany. Kawał historii polskiego death metalu – choć reaktywowany jedynie w częściowym składzie – zabrzmiał z niesłabnącą młodzieńczą werwą i wciąż wyraźnie rozpalonym ogniem entuzjazmu w oczach. Skoro o historii mowa, wydawać by się mogło, że wyłącznie na niej opierać się będzie również koncert Six Feet Under. Ku mojemu zaskoczeniu powszechne pogłoski (zważając na studyjne potworki produkowane od lat pod tym szyldem, całkowicie zresztą uzasadnione) o artystycznej śmierci Chrisa Barnesa okazały się tym razem mocno przesadzone. Zadziwiająco dobra forma byłego frontmana Cannibal Corpse, pozytywna energia płynąca ze sceny i nieskrępowana zabawa przy łopatologicznie prostym, ale jednocześnie niezwykle urokliwym i tanecznym death metalu przyniosły mi naprawdę sporo frajdy. Nie mniej przebojowy okazał się koncert Unleashed, jednak ze względu na potężny ścisk, panujący w B90 postanowiłem opuścić występ Szwedów już po kilku utworach. To, co zastałem po wyjściu z klubu, było jednym z najpiękniejszych obrazów pierwszego dnia festiwalu. Na niewielkiej scenie, w blasku zachodzącego słońca cudownie oświetlającego zabudowania stoczni, swój niezwykle nastrojowy koncert dawała A.A. Williams. Obserwując emocjonalny występ Brytyjki, utwierdzałem się w przekonaniu, że niezależnie od tego, jak świetlana przyszłość czeka Mystic Festival, tak magiczne widoki już się w przypadku tej imprezy po prostu nie powtórzą. Spacerując między scenami, zdołałem jedynie rzucić okiem na występ Ice Nine Kills. Szopka, którą zobaczyłem na scenie, skutecznie wyleczyła mnie jednak z ochoty pozostania z tym zespołem na dłużej. Bardzo liczyłem natomiast na Kanonenfieber, zamykający Warm Up Day na Desert Stage. Niestety, poza imponującą oprawą sceniczną nie znalazłem pod sceną niczego, co choć częściowo spełniłoby moje oczekiwania. Zespół rozrósł się, nabrał teatralnego sznytu, ale gdzieś po drodze zgubił surowość i klimat grozy Wielkiej Wojny. Ładny teatr, efektowna zabawa.. i niestety niewiele ponad to. Dokładnie odwrotną drogę przebyły moje oczekiwania wobec koncertu Priest. Przez pierwszych kilka numerów nie mogłem pozbyć się myśli, że nie o taki synthwave walczyłem. Z minuty na minutę sceniczna energia zespołu zaczęła jednak udzielać się również mnie i ostatecznie uznałem, że choć z projektem studyjnie raczej się nie zaprzyjaźnię, na ewentualnie kolejny ich koncert wybiorę się już z prawdziwą przyjemnością.

Mystic Festival 2026 – dzień pierwszy: thrash metal, klasycy i kosmiczny finał
Jeśli Warm-up Day był świętem death metalu, to dzień pierwszy Mystic Festiwal 2026 był dniem thrashu i katan, a z powodu konotacji rodzinnych dla mnie był trochę dniem dziecka. Na pięciu scenach rozgrywała się walka o widza, tego znającego każdy riff wielkich tuzów, i tego, który szukał zupełnie innych wrażeń niż staroszkolne granko. Na początek Heathen na głównej, na którym zjawiłam się na koniec przy numerze Goblin’s blade. Dobre, poprawne, nic soczystego tu nie opowiem. Dalej niezła przebieżka. Zaczęłam od rodzimego, nie-metalowego Ciśnienia z metalową duszą, bez gitar, za to z saksofonem i skrzypcami. Nie omijajcie ich koncertów, ci wariaci nie raz was zaskoczą! W tył zwrot na Dessert zobaczyć stoner rockowych Truckfighters – znów kiepskie nagłośnienie tej sceny, niestety też kłopoty na scenie, odbiłam się zupełnie i pewnie już nie wrócę do tej kapeli, przynajmniej nie intencjonalnie. W drodze na Overkill oczom mym ukazało się kilku postawnych facetów w kolorowych tunikach demolujących Park Stage, grających nu metal…. z Indii. To Bloodywood i tego widoku nie zapomnę długo. Raz, że było to całkiem dobre (serio!), dwa, że momentalnie przyciągnęło uwagę sporej ilości metalowców, podobnie jak ja otwierających oczy ze zdziwienia. Nie jestem fanką tych wszystkich głupawek i śmiesznostek scenicznych, metal to wojna, ma być prawdziwie. A oni rzeczywiście wyglądali na zawodowców. I jeszcze ta okrutna wstawka Panjabi MC, którą wszyscy znają, a nikt nie wie o co chodzi. Sama nazwa – Bloodywood – trzymajcie mnie. Po Overkill nie spodziewałam się niczego innego jak klasy i tak też było. Koncert na jedną gitarę, było Rotten the Core oraz Fuck you, żaden numer nie odstawał, wszystko odegrane pod linijkę, choć nie bez przyczyny partie instrumentalne były chyba wydłużane. Znak czasu jednak można było odczuć. Bardzo dobrze wypadli Decapitated. Ani sekundy oddechu, wszystko w punkt, nowy na wokalu dwoił się i troił, Vogg absolutnie rewelacyjny. Czegoś mi jednak zabrakło, i nie umiem nazwać czego. Może wy macie pomysł gdzie wady? Rzut uchem i znów próba bilokacji, bo za rogiem już snuł się Psychonaut, a w B90 rządziła ekipa Djerv. Psychonaut zatrzymał mnie do połowy setu, przy długawym intro do Violate Consensus Reality i side’ach z taśmy nie utrzymali uwagi, szkoda, może klubowy koncert bardziej się sprawdzi. Niemniej trzech facetów, świetne czyste i brudne wokale, zaangażowanie, wszystko, z czego belgijski post-metal słynie. Za to Djerv fantastyczni. Zapomniałam o tej kapeli na śmierć. Norweski black’n’roll, wokalistka Agnete Kjølsrud była prawdziwą wodzirejką, może czasem przeginała z konferansjerką, ale przymknęłam oko, bo całość zupełnie dla mnie niespodziewanie popłynęła w bardzo fajny, niemal przebojowy vibe. I zwrot na Main Stage obejrzeć Anthrax. Znów zero zaskoczenia świetnym poziomem wykonania (tylko ten Belladonna…wybaczcie, nie moje gusta). Oczywiście, że pojawiło się Caught in a Mosh albo Metal Thrashing Mad, ale panowie zaprezentowali też nowinkę, zapowiadającą kolejny album. Siła tkwi w determinacji, cóż. Bardzo fajny koncert. Dalej trochę emocji, choć nie w tym miejscu ich się spodziewałam. Na Park Stage rozpostarli się Cavalera Conspiracy, czyli dla niektórych ta prawilna Sepultura, ażeby odegrać w całości Chaos A.D. Chciałabym się tu porozpływać, bo głosów o koncercie dnia było sporo, ale dla mnie to był jedynie przystanek i ciekawostka, na przykład taka, jak koncertowo można zepsuć numer New Model Army The Hunt. Po co brać się za cover, którego nie można zaśpiewać – nie wiem, może dla efektu. Zaś klasyczki jak Biotech is Godzilla ciągle fajne, tak samo jak Territory, z intro Odens Ride Over Nordland Bathory. Marduk i Belphegor poświęciłam na czas regeneracji, by na noc zmierzyć się z burzą rudych loków i kosmicznym progiem. O Megadeth można powiedzieć sporo, ale nie to, że się skończyli, choć ponoć to trasa pożegnalna. Owszem, Dave Mustaine nie domaga wokalnie, ale technicznie jest ciągle dobrze. Forma była! Świetnie popłynęły I don’t care, Mechanix, albo Ride the lighting Mety. Punktem dnia, wieczoru i jak się potem okazało całego festiwalu był koncert Blood Incantation. Bardzo liczyłam na to, że plener zatrze lekki zawód klubowego koncertu w warszawskiej Progresji i dostałam więcej niż potrzebowałam. Doskonała oprawa sceniczna, świetny sound na Park Stage, odegranie całego albumu Absolute Elsewhere lepiej niż mogłabym sobie wymarzyć. Szkoda, że ze zmęczenia nie chłonęłam tego bardziej, ale przynajmniej otwarte trzecie oko na czole było bardzo szczęśliwe.

Mystic Festival 2026 – dzień pierwszy [red. Synu]
Pierwszy dzień festiwalu rozpocząłem od Return to Dust. Koncert zdecydowanie lepszy muzycznie niż wokalnie, choć basiście zespołu nie można odmówić starań o ratowanie sytuacji. Zagrany na zakończenie cover Outkast pozwolił na szczęście nieco poprawić końcową ocenę występu. Tego samego nie mogę powiedzieć o Heathen. Zalatujący lekką naftaliną thrash metal, mimo szczerych chęci z mojej strony, bardzo szybko wygonił mnie spod głównej sceny. Humor poprawił mi za to radosny koncert Truckfighters, choć był to już kolejny występ na Desert Stage wyraźnie pokrzywdzony przez fatalne brzmienie. Z całkowitego zaskoczenia wziął mnie natomiast Noctem, na który trafiłem właściwie przypadkiem. Planowałem zostać na dwa utwory, a ostatecznie stałem jak wryty do samego końca. Jadowity black metal z żółcią wyplutą z samego dna wątroby – czyli dokładnie to, czego mógłbym słuchać godzinami. Kolejnym znakomitym koncertem w B90 był norweski Djerv z charyzmatyczną Agnete Kjølsrud, która wspólnie z zespołem rozkręciła w klubie prawdziwy festiwal śpiewu i tańca. Takiej umiejętności przekazywania energii i panowania nad publicznością nie da się nauczyć – to po prostu trzeba mieć. Druga część dnia w ogóle okazała się prawdziwą sinusoidą emocji. Na wyżyny pozytywnych wrażeń wyniósł mnie Anthrax, pokazując całej stawce, jak gra się klasyczny thrash metal, nieoglądający się na metrykę i liczbę siwych włosów (w przypadku Scotta Iana oczywiście na brodzie). Radość szybko ustąpiła jednak rozczarowaniu podczas koncertu Marduka, który stał się kolejną ofiarą fatalnego nagłośnienia Desert Stage. Zespół dodatkowo zmagał się z całą serią problemów technicznych i choć zostawił na scenie serce, po występie Szwedów dominującym uczuciem było rozczarowanie zmarnowanym potencjałem. Do samego dna, pozbawionego pozytywnych odczuć, sprowadziły mnie dodatkowo Megadeth i Tides From Nebula. Pierwsi wynudzili mnie okrutnie (Dave Mustaine już nawet nie próbował udawać, że mu zależy), drudzy, po powrocie do grania jako trio i odtwarzaniu połowy ścieżek z podkładu, nie zasłużyli nawet na szerszy komentarz. Na szczęście finał dnia w postaci Blood Incantation wynagrodził wszystkie rozczarowania z nawiązką. Zespół widziałem rok temu w Warszawie i już wtedy wydawał się monumentalny, jednak to, co zaprezentował na scenie Mystic Festival, przerosło moje oczekiwania. Otwarte na oścież wrota do serca supernowej, prawdziwa kosmiczna podróż przez międzygwiezdne mgławice i death metal osiągający idealną harmonię z rockiem progresywnym. Są dziś wielcy.

Mystic Festival 2026 – dzień drugi: sludge, doom, deszcz i amerykański ciężar
Drugi dzień Mysitc Festu okazał się nieco wymagający pod względem fizycznym – ulewy, błoto, mżawki i duchota klubowa, ale kto by się tym przejmował. Ten dzień to amerykański luz i… doom. Pasowało idealnie. Z racji różnych perturbacji mój dzień drugi festiwalu zaczął się od Eyehategod na głównej – dobrze się słuchało, gorzej oglądało, i dobrze wiecie, co mam na myśli. Niski sludge, dociążające riffy i jakaś dziwna szczerość w wokalu, choć serio, Mike Williams przyprawiał o dreszcze. Spacer z parasolem na Black Tusk i tu miłe zaskoczenie, jak fajnie, sprawnie to bujało, tym bardziej że mieli być dla mnie przegryzką przed Coronerem. Pewnie nikogo nie zdziwi, jak zastosuję tu wyświechtany frazes, że szwajcarski zegar nadal tyka. No tyka, choć wykręcona tak zwana sekcja rytmiczna zabrała za bardzo gitary. Koncertem dnia mieli być dla mnie Corrosion of Confornity i jak wspaniale poprawili mi humor. Wypisana na brodatych twarzach niewymuszona frajda, fajne wokale, bangery z finałowym Clean my Wounds, miodzio! Tym samym odpuściłam Der Weg Einer Freiheit i zupełnie beznamiętnie pominęłam Benediction. Interesował mnie Death to All, i mimo że nie oceniam tego koncertu jako spalony cover band, to jednak muszę być tu szczera, że nostalgia bardzo chciała wygrać z obiektywizmem. Koncertowy projekt Death z Maxem Phelpsem dzielą dziedzictwo Chucka Schuldinera na pięć, i sądzę, że w trakcie setu dopowiedziałam sobie resztę, na przykład pasję, której ostatecznie zabrakło. I tak odeszłam właściwie zdezorientowana. Zwrot pod najmniejszą scenę, gdzie już rządził jak na swoim Jorgen Munkeby z Shining. Oczywiście, że weszłam w te wygibasy i romanse z jazzem jak dzik w rzodkiewki. Munkeby jest frontmanem totalnym. Jako absolutna fanka płyt Blackjazz i upchanej hitami One one one, dysonans z nowymi numerami jest wręcz przepaścią, a na żywo większym przecinkiem, ale nie szkodzi. Saksofon robi robotę za każdym razem! Spóźniłam się na Down bez żalu. Etap sympatii do zespołu minął mi bezpowrotnie i wybaczcie, nie pochylę tu czoła. Okej, było w porządku, Anselmo był w formie, lepiej wygląda, lepiej śpiewa, nie mniej, nie więcej. Najbardziej ucieszyły mnie pląsy CoC i ich „wtargnięcie” bez pardonu na scenę. Kolejne spóźnienie na coś ciekawego, czyli Fulci. Kto lubuje się w horrorach, ten zajrzał do kina gore, gdzie królem jest właśnie włoski reżyser Fulci. Muzycy pożyczyli od niego co najgorsze i wrzucili do death metalowego sosu, i ta zabawa się sprawdza. Rotting Christ widziałam zbyt wiele razy, więc odpuściłam, podobnie Electric Wizard – tu nie zmienię zdania, doceniam rozmach, ale to nie dla mnie. W zamian wybrałam mini-scenę i rodzime Quantum Trio, które elegancko zmiotło mnie z planszy swoim wściekłym jazzem. Tu się kłaniam w pas, bardzo lubię improwizacje z suspensem. Na fali dobrodziejstw popłynęli też Today is the Day, bardzo dobry zgniatacz duszy, nisko, niepokojąco, w setliście znalazły się numery z zakurzonego In the Eyes of God, ale i nowszego Never Give In również. Jeden z lepszych koncertów tego dnia! Na finał Black Label Society i Zakk Wylde, będący Zakkiem w pełnej krasie, czyli solóweczki pro, plus bicie się w pierś obowiązkowo. Nie zrozumcie mnie źle, mam słabość do Zakka, ale to trochę taka lubość z sentymentu. Natomiast pościelówy i memoriały to nie moja mapa wrażeń, pozostałam tu nieczuła. Technicznie koncert bez zarzutu. Ostatkiem sił w mokrych ciuchach, włosach i ze spływającym tuszem do rzęs sprawdziłam, czy Carpenter Brut to ciągle wysoka półka estetyki dark synth. A i owszem. Znów świetna, nocna oprawa sceniczna Park Stage, dobre nagłośnienie i… przestało padać. Szkoda, że ja padałam już kompletnie.

Mystic Festival 2026 – dzień drugi [red. Synu]
Drugi dzień Mystica upłynął przede wszystkim pod znakiem podróży do Nowego Orleanu i Północnej Karoliny. Sludge’owe, bagienne i ciężkie riffy Eyehategod, poprawione rdzawym, spieczonym w słońcu brzmieniem Corrosion of Conformity, znalazły swój finał w znakomitym koncercie Down. Poza kapitalną muzyką, siłą występu Amerykanów była zaraźliwa energia i poczucie uczestnictwa w spotkaniu starych znajomych, którzy po prostu znakomicie bawią się we własnym towarzystwie. No i Phil Anselmo – szef absolutny, który nawet mimo kilku widocznych wpadek wyszedł ze scenicznych zmagań obronną ręką, pozostawiając po sobie bardzo dobre wrażenie. Poza deszczem nadciągnęły nad Gdańsk pod wieczór gęste chmury zieleni, naniesione za sprawą Electric Wizard. Przesterowane riffy Brytyjczyków brzęczały mi w uszach jeszcze długo po zakończeniu ich monstrualnego występu. Nie wiem, czy dałoby się zmieścić w jakimikolwiek koncercie więcej fuzzu, Szatana i filmów, przy kręceniu których pochodne LSD łykano bez przegryzania, ale chęci do sprawdzania percepcyjnych granic tolerancji muzykom składu z pewnością nie brakowało. Od biesiadnej potupajki pt. Black Label Society odbiłem się stosunkowo szybko, by wrócić w okolice Elektryków na wyczekiwany przeze mnie Primordial. Cóż mogę powiedzieć – Irlandczycy stali się następnymi pokrzywdzonymi przez Desert Stage i podobnie jak wcześniej Marduk, mimo pozostawienia na scenie potu i krwi, nie byli w stanie zaprezentować nawet połowy swoich możliwości. Szansę od losu, w postaci występu na Park Stage, doskonale wykorzystał za to Carpenter Brut. Podobnie jak rok wcześniej Perturbator, Francuz zaprezentował w Gdańsku prawdziwą siłę i potencjał muzyki synthwave’owej na metalowym festiwalu. Jestem przekonany, że zaaranżowany przez artystę cover Maniac porwał tej nocy do tańca nie tylko teren stoczni, ale i sporą część okolicznego śródmieścia.

Mystic Festival 2026 – dzień trzeci: Mastodon, Behemoth i finał w stoczni
Ostatni dzień Mystic i na ostatnim wdechu parę zaskoczeń i jeden pewniak. Na początek bardzo dobra Hostia z rzeszą fanów – ten fioletowy merch to zaiste strzał w dziesiątkę. Po trzrech dniach krążenia dokonałam w głowie oceny, że scena Desert miała jednak najgorsze nagłośnienie ze wszystkich i trudno, bywa i tak. Potem rzut oka na młodziaków z Godslut i pokiwanie z aprobatą, jest nadzieja w młodzieży i to gruba. Bardzo ciekawie wypadli Szwedzi z Martyrdöd, z definicji black z crustem, z praktyki energiczny black’n’roll. Na drugim biegunie na scenie Desert zainstalował się Scour, black pod wodzą Anselmo i to było… takie sobie. Wspominałam już o braku sympatii do wyżej wymienionego, ale nawet jakbym chciała zapomnieć kto tak sobie nic nie robi z tego, że jest na scenie, to i tak z uniesień pozostało mi uniesienie brwi. Turbo pominęłam, nie miałam czasu, bo wybrałam najmniejszą scenę i ostatnie minuty z Youth Code. I cóż to był za wybór! Niby elektro, niby industrial, dziewczyna nakrzyczała na wszystkich, wlazła na daszek obok sceny i jeszcze bardziej porządziła. Ależ to było fajne! Bardzo żałuję, że wcześniej tam nie zawitałam. Prime time soboty to dla mnie oczywiście Mastodon. A tu setlista marzeń, zawierająca numery z płyt, z którymi mi po drodze, zarówno Crack The Skye, Emperor of Sand, jak i Hushed and Grim. Dalej wycieczka na Bolzer z bagażem współczucia, bowiem już było wiadomo, że sprzęt im nie dojechał, koncert się opóźnił, a jak już się zaczął, to z nerwówką bijącą ze sceny. Żal mi było pana Okoi i jego zdezolowanej formy wokalnej, szkoda. Saxon poświęciłam intencjonalnie na kolację i ruszyłam obejrzeć jak się ma Gaahls Wyrd. Niestety zrządzeniem losu zgubiłam cel, dotarłam na końcówkę i odnalazłam się dopiero na finał Main Stage, aby zobaczyć, co usmaży Behemoth. I cóż tu pisać, to był jeden z najlepszych występów edycji. Półtoragodzinne show najwyższej próby, pirotechnika, choreo (wiadomo!), druga scena w środku tłumu, produkcja na światowym poziomie i tu nie ma dyskusji. Repertuar pozostawiam bez oceny, ja oglądałam teatr i byłam zagospodarowana do finału. Na odchodne jeszcze chwila z The Gathering i Anneke. Nie zdołałam utrzymać uwagi ze zmęczenia, ale pod nosem uśmiechałam się, że wspaniale ta przygoda z festiwalem się kończy.

Mystic Festival 2026 – dzień trzeci [red. Synu]
Trzeci dzień rozpocząłem od koncertu Greków z Yoth Iria. Zapytacie o wrażenia? Rotting Christ potrzebowało ponad dwudziestu lat, by zacząć zjadać własny ogon. Yoth Iria wystarczyło zaledwie kilka, żeby zacząć zjadać ogon Rotting Christ. Paskudne wizualizacje wygenerowane przez AI, generyczna muzyka, bezbarwny frontman i czterdzieści pięć minut festiwalowego życia, którego niestety nikt mi nie odda. Humor na szczęście szybko poprawił mi koncert Godslut. Młode szczawiki, a techniczny death metal mielą tak, że lecą wióry. Ze swoimi festiwalowymi występami wyraźnie nie poradzili sobie tego dnia Szwedzi. Myślę tu zarówno o pozbawionym choćby śladowych ilości ikry Evergrey, jak i zalatującym festyniarskim paździerzem Pain, które okazały się sporymi, koncertowymi rozczarowaniami. Co ciekawe oba zespoły studyjnie bardzo lubię, tym razem jednak mocno się na ich występach przejechałem. Na szczęście także w sobotę można było liczyć na niezawodnego wujka Phila, który tego dnia pojawił się na scenie Mystica ponownie – tym razem ze Scour. Jestem bliski stwierdzenia, że był to jedyny koncert, któremu katastrofalne brzmienie Desert Stage zupełnie nie przeszkadzało (kakofonia dźwięków, wydobywająca się z głośników i tak nie potrzebowała lepszej oprawy). Do tego Anselmo growlujący z kartki, Kirk Windstein uwijający się w roli technicznego, ogólny chaos i 250% wyjebki na wszystko dookoła. Cudownie katastrofalny i piękny w swojej nieporadności występ. Bawiłem się znakomicie. W końcu przyszedł czas na jeden z dwóch najważniejszych koncertów ostatniego dnia festiwalu. Mastodon rozkręcał się długo, początkowo sprawiając wrażenie nieco stremowanego i przez kilka pierwszych utworów szukającego odpowiedniej częstotliwości. Kiedy jednak wszystko w końcu zatrybiło, Amerykanie dali jeden z najlepszych koncertów tegorocznego Mystica. Wszyscy, którzy spodziewali się, że odejście i niespodziewana śmierć Brenta Hindsa widocznie osłabi zespół, mogli odłożyć swoje obawy na bok. Forma grupy, dodatkowo napędzana entuzjazmem i miłością fanów, była tego wieczoru znakomita. Wielu narzekało na wybór sobotniego headlinera i upatrywało w nim pójścia organizatorów na łatwiznę. Behemoth bardzo szybko zamknął jednak usta swoim krytykom. Oprawa, skala produkcji i rozmach widowiska przyćmiły swoim ogromem wszystko, co wydarzyło się na tegorocznym Mysticu. Można narzekać na dzisiejszy poziom muzyki grupy, artystyczny kierunek w którym podąża, o megalomanii Nergala z grzeczności nawet nie wspominając, jednak miejsca, w którym Behemoth obecnie się znajduje i pozycji, jaką sobie wypracował, niekt nie jest mu w stanie odebrać. Na największe emocje przyszło mi jednak poczekać aż do ostatniego koncertu festiwalu. Trudno byłoby wyobrazić sobie piękniejsze pożegnanie gdańskiej stoczni niż to, które swoim fanom zafundował The Gathering. Zjawiskowa, wokalnie perfekcyjna Anneke van Giersbergen, znakomite brzmienie Park Stage, zmrok zapadający nad terenem stoczni i odegrany w całości pomnikowy Mandylion. Potok słów ugrzązł mi w gardle, pozostawiając miejsce wyłącznie dla emocji.
Podsumowanie Mystic Festival 2026 – koniec stoczniowego rozdziału
Czas pokaże, w którą stronę pożegluje okręt pod banderą Mystic Festival. Jedno jest pewne – cudna przygoda z gdańską Stocznią już się nie powtórzy, tym bardziej cieszę się, że miałem okazję wziąć udział w jej finałowej odsłonie. Było znakomicie.

Mystic Festival 2027 – nowa lokalizacja i oczekiwanie na kolejny rozdział
Podsumowanie będzie krótkie treściwe – to był piękny czas, i przede wszystkim bezpieczne, zaufane miejsce festiwalowe. Bardzo wyczekujemy kolejnej edycji i na pewno będziemy rzetelnie raportować o wszystkich nowinkach na arenie Mystic Festival 2027!
Do następnego!
Zdjęcia: Joanna Cisowska, pełna galeria dostępna tutaj: Warm-up, Dzień 1, Dzień 2, Dzień 3
- Mystic Festival 2026 – relacja z festiwalu, Gdańsk (03-06.06.2026) - 28 czerwca 2026
- Podsumowanie roku 2025 wg redakcji KVLT - 6 stycznia 2026
- Bryan Adams – Kraków (31.07.2025) - 25 sierpnia 2025






