Metal, małe rybackie miasteczko, pierwszy występ Sventevith, metal, jedyna w swoim rodzaju niemal rodzinna atmosfera, panele dyskusyjne, metal, zaangażowanie społeczne, aktywności dodatkowe, metal, zapierająca dech w piersiach przyroda Islandii i staronordyckie zaklęcia. Metal. Oto Sátan 2026 w kilku słowach.
Mówi się, że trzecia płyta jest dla zespołu najbardziej po debiucie istotna. Czy tak samo jest z festiwalami? Czy po trzeciej edycji Sátan ma już swoją ugruntowaną pozycję? Zapraszam do przeczytania relacji – w tym roku festiwal odbył się w dniach 4-6 czerwca.
Islandczycy potrafią się bawić – i potrafią zorganizować zabawę. Do tego wiele imprez, również metalowych, undergroundowych, robionych jest własnym sumptem, a wręcz w formule DIY, czego obecnie chyba najwyraźniejszym przykładem jest festiwal Norðanpaunk. Sátan (czyt. Sautan) od początku ma grupę sponsorów (których zdobycie jest znacznie łatwiejsze niż w Polsce, firmy i instytucje tak się tam nie obawiają łączenia ich z metalem), ale przygotowuje go grupa przyjaciół wraz z krewnymi i przyjaciółmi krewnych. Oraz setką wolontariuszy.
– Myślę, że w tym roku jeszcze bardziej zadbaliśmy o jakość doświadczeń naszych gości – powiedział mi Gísli Sigmundsson, szef całego przedsięwzięcia, a także legenda islandzkiej sceny deathmetalowej. – Zrobiliśmy szereg organizacyjnych zmian, których tak naprawdę nikt nie widzi gołym okiem, ale bardzo poprawiają przebieg festiwalu.
Impreza odbywa się w niewielkim uroczym miasteczku Stykkishólmur na Półwyspie Snæfellsnes, trzy godziny drogi na północny zachód od Reykjavíku przez niesamowite krajobrazy. W „centrum” wygląda to tak: kilka ulic z kolorowymi domkami, sklep Bónus (odpowiednik naszej Biedry, ale przynajmniej skyr jest prawdziwy), wielki hotel na wzgórzu – tam jest festiwalowe centrum konferencyjne i w dużej mierze noclegowe – a poniżej niego, naprzeciw Bónusa, szkoła, boisko i hala sportowa (z nieodłącznym w tym kraju basenem), w której są koncerty. Idąc na koncert, mija się grające na boisku dzieciaki, a gdy się z niego wychodzi o godzinie 1 czy 2 w nocy, wciąż jest jasno, bo w czerwcu słońce praktycznie tutaj nie zachodzi (co może utrudniać zasypianie). Wokół totalna cisza i spokój, śpiew ptaków, z jednej strony niewielki port we fiordzie i łatwo dostępna wysepka z latarnią, a wszędzie naokoło w tle ośnieżone góry. Trzeba tu też koniecznie wspomnieć o wyjątkowo świeżym, czystym powietrzu. Nie czuje się takiego smutku, że koncert się skończył, kiedy za drzwiami hali rozciąga się taka bajeczna kraina.
– Mieszkańcy tutaj są cudowni od pierwszej edycji w 2024 – mówi Gísli. – Na początku byli może trochę niepewni, jak to pójdzie, ale odkąd okazało się, rżę jesteśmy grupą przyzwoitych ludzi, którzy po prostu lubią głośną muzykę i piwo, są bardzo akceptujący i wspierający.
DZIEŃ PIERWSZY – PIERWSZY WYSTĘP PROJEKTU SVENTEVITH
W tym roku od razu z auta wskoczyłam na panele dyskusyjne (teraz zaczynały się już od 10.45!) – w tym na jeden, w którym sama uczestniczyłam, o Islandii jako destynacji festiwalowej. Dyskusja skupiła się na atutach lokalizacji i przeszkodach, jakie stwarza, podziale lineupu na zespoły starsze/młodsze oraz lokalne/międzynarodowe, dacie i kosztach organizacji, a także pomyśle na imprezę. Tematycznie wiązał się z nią inny panel tego dnia, w którym rozmawiano o celach i roli festiwali metalowych. Jednym z poruszonych problemów, przywołanym przez Gunnara Sauermanna, m.in. organizatora niemieckiego Prophecy Fest, był coraz częstszy wśród młodych bandów brak pokory w stosunku do realiów rynku, gdzie żeby dostać się do lineupu festiwalu, czasem trzeba przejść przez jakiś konkurs, jak Wacken Metal Battle. Od siebie dodam, że bywa to też brakiem pokory wobec bardziej obecnie znanych zespołów, które niejednokrotnie właśnie taką drogą szły.
Carpe Noctem
Niemal legendarna blackmetalowa grupa, w której składzie znajdują się członkowie Misþyrming – były garowy Helgi Rafn Hróðmarsson i gitarzysta Tómas Ísdal. Był to jeden z pierwszych koncertów festiwalu – z dźwiękiem chyba jeszcze na etapie „dokręcania”. Sekcja rytmiczna, zwłaszcza perkusja, wyszła za bardzo do przodu (a może to tylko kwestia powera Helgiego), a reszty nie było w ogóle słychać, przynajmniej pod sceną. To, co najlepsze w Carpe Noctem i najbardziej wyróżniające, uwidoczniło się więc głównie w kawałkach o średnich tempach – oraz gitarowych solówkach szczęśliwie słyszalnych w każdym utworze. Sumarycznie był to piękny występ, ważny dla mnie. Black niepokorny, a jednocześnie bardzo poruszający.
Voivod
Legenda zrobiła show z kilku swoich okresów kariery i rozgrzała publiczność. Były super grafiki na wizualizacjach, mosh i circle pit, a gadanie sympatycznego „wujka” Snake’a całkiem naturalne. Bardzo solidny koncert.
Sventevith
Informacja o tym projekcie gruchnęła kilka miesięcy temu. Nergal i Misþyrming zagrają debiut Behemotha, Sventevith (Storming Near the Baltic), na 30-lecie tego pięknego, surowego albumu. Jedni dziwili się, czemu nie z Behemothem, inni przewidywali, że w tym składzie wyjdzie z pewnością lepiej.
Dlaczego nie z zespołem?
– Bo chciałem być zaskoczony, wyjść ze swojej bańki – mówił Darski podczas swojej zorganizowanej pierwszego dnia festu rozmowy z Dagurem Gíslasonem, frontmanem Misþyrming. Rozmowa była moderowana jak każdy z paneli dyskusyjnych na Sátanie, ale moderator nie miał wiele roboty, bo większość czasu przejął Nergal, a jego monolog okazał się nader interesujący. – Wiem, jak Behemoth by brzmiał: dążylibyśmy do perfekcji, a tu chodzi o coś naturalnego i niesfornego.
Taki był ponoć on sam w 1995 roku podczas tworzenia płyty (nagrał wokale, gitary i bas, perkusję – Baal Ravenlock, a instrumenty klawiszowe Demonious i Cezar).
A dlaczego Misþyrming? Pomysł na taki jubileuszowy split pojawił się u Adama podczas specjalnego setu Absu na jednym z festiwali. Na koncercie Misþyrming wiedział już, że jak to robić, to tylko z nimi. Islandczycy jako jedni z nielicznych przykuwają go do barierki pod sceną na cały swój koncert. No i są naturalni i niesforni, oraz dzicy. Panowie znali się już wcześniej, a dla Dagura Behemoth był jednym z pierwszych zespołów, które „wprowadziły” go w metal, kiedy był nastolatkiem. Po wstępnych minimalnych ustaleniach i przygotowaniu przez Misþyrming próbnego nagrania obie strony uświadomiły sobie, że „to się naprawdę dzieje”. Szlifowanie materiału „zajęło nam całą ostatnią zimę”, powiedział Dagur. Ze względu na liczne trasy Behemotha w 2026, wspólne próby mogły się odbyć dopiero w ciągu dwóch dni przed pierwszym występem.
Oczywiście muzyka nie jest taka sama, jak na albumie, nie może być, bo jest to też swego rodzaju spotkanie różnych pokoleń w black metalu. Również głos Nergala się zmienił – wtedy miał 17 lat i według niego samego właśnie przechodził mutację.
Zatem jak to brzmiało i wyglądało na Sátanie, wieczorem pierwszego dnia? Proste, eleganckie tło zakrywające ekran, niewiele dekoracji – surowo i mrocznie. Nergal prosto odziany, Misþyrming po swojemu pokryci corpsepaintem (i oczywiście też odziani).
Najważniejsze: chłopaki łoili jak się patrzy, i brzmieli bardzo dobrze – ogólnie i w kontekście nagłośnienia. Wokale podzielono na Nergala oraz kilku muzyków (a’la chór), co dodało dostojności i wzmocniło ten element. Ku mej radości między utworami odtwarzano z nagrania albumowe interludia. Gdyby jeszcze były klawisze, zwłaszcza we wspaniałym Hidden in a Fog – które akurat Dagur mógłby zagrać – byłabym wpiekłowzięta, ale rozumiem logistyczną kłopotliwość. Nergal, typowy wobec kolegów na scenie, podchodził i śpiewał przy każdym, zaś oni prawie nie reagowali, po swojemu w pełni poświęceni grze, całkowicie zanurzeni w muzyce – jakby była ich. Wielki szacun.
Na setliście znalazły się wszystkie utwory ze Sventevith, a na deser Pure Evil and Hate z epki And the Forests Dream Eternally.
Gadania niewiele, głównie tytuły utworów, a na koniec wyrazy uznania dla każdego muzyka po kolei oraz dla publiki za wspaniałe i żywiołowe przyjęcie. Sprawdźcie koniecznie ten projekt – panowie zagrają w tym roku szereg koncertów, w tym na Brutalu i na Summer Dying Loud.

DZIEN DRUGI – ZAKLĘCIA I ODKRYCIA
Od razu z rana z wielką ochotą pognałam na panel o niedawno odkrytym manuskrypcie z 1859 roku z zaklęciami (grimoire) i notatkami – Hexekver, autorstwa Þorsteinna Guðmundssona. Folklorysta Kári Pálsson z zespołu Fortið oraz Giorgia Sottotetti ekscytująco opowiadali m.in., co w tej kruchej już książeczce wielkości opakowania na karty do gry można znaleźć: zaklęcia pozwalające sprawdzić, jak długo będziesz żyć oraz czy w domu jest chory, obronić się przed duchami, w tym duchami rodzinnymi, a także przed złodziejami, lisami arktycznymi atakującymi owce czy końmi, które zjadają twoją trawę. A także klątwy po kradzieży. Wiele z tych krótkich sentencji, recytacji brzmi pięknie, zarówno po islandzku, jak i angielsku, co zaprezentowano podczas panelu. Opracowanie Káriego i Giorgii na ten temat wydaje w sierpniu wydawnictwo Hyldyr, a ja zaczęłam już czytać inną książkę Káriego z tej serii, Galdrabók – Księgę Magii.
W zeszłym roku w programie Sátana znalazł się panel o runach w życiu i w muzyce metalowej. Za to też uwielbiam ten festiwal – wielu metaluchów lubi klimat staronordycki, wikiński, a tutaj, również dzięki po prostu krajobrazom Północy i świadomości, że ci ludzie kiedyś tędy chodzili, jest on bardzo bliski.
Po Guitar Clinic z genialnym młodziutkim Haukurem z Múr i Forsmán, byłam tego dnia jeszcze na innym, równie dla mnie interesującym panelu, o wpływie natury na twórczość. Zaczął się on od zgody, że ów ewentualny wpływ to raczej nostalgia i podświadomość, a także że jako chwyt marketingowy jest nadużywany, a używany przez samych Islandczyków wygląda nawet nieszczerze. Inna sprawa, kiedy wpływ ten jest dosłownie bezpośredni i aktywny, jak w przypadku kompozytora Gíslego Gunnarssona, który musiał się wyprowadzić z Grindavíku podczas serii erupcji w systemie wulkanicznym Sundhnúkur w ciągu kilku ostatnich lat.
Pod koniec dyskusja skręciła w kierunku tematu izolacji, która na Islandii może się zdarzyć z różnych powodów, choćby zamknięcia drogi przez zawieje śnieżne. I z jednej strony technologia łączy, na gigach nieraz zespoły black, elektro i punk grają tu razem, a w Reykjavíku bywa tak, że w jednym miejscu po black metalu może być występ drag quinn (pod klubem miesza się tłum w czarnych i kolorowych ubraniach i wszystko jest OK), ale z drugiej – kiedy mieszkasz na farmie oddalonej od miast, to… robisz muzykę.
No i jak to wpływa na odnalezienie własnego brzmienia!
Barnaveiki
Pierwszy koncert drugiego dnia. Wreszcie ich zobaczyłam na żywo! Jest to zespół Gústafa Evensena i Magnúsa Skúlasona, basisty i perkusisty Misþyrming, którym – naturalną koleją rzeczy – towarzyszą koledzy gitarzyści z tego ostatniego. Ale niech Was to nie zmyli – panowie nie są umorusani, zajebiście grają gęsty oldschoolowy death, a głębokim wokalem popisuje się Gústaf, tylko nieco mniej demoniczny niż w Misþyrming. Występ miał krótkie problemy techniczne z basem, które mocno rozgniewały jego właściciela, i nawet mimo tego był to absolutny walec.
Sleeping Giant
Stonerowcy, którzy całkiem niedawno wrócili do koncertowania, wpadli do lineupu w ostatniej chwili w zamian za Hamferð. Doom pięknie kołysał, a szybsze kawałki dociskały w ziemię. Miła mieszanka.
Nexion
Moje odkrycie tej edycji! Jest to black, ale wzbogacony o – nie przymierzając – inkantacje, na co wpływ być może ma wyksztalcenie wokalisty, Amerykanina Josha Rooda (uczestnika panelu o naturze), zajmującego się staronordycką religią i historią religii, oraz posiadającego wspaniałe zakresy od growlu, przez czysty głos, po przejmujący scream. Mamy tu także klimatyczny chór w osobach gitarzysty i basisty, a piękne hipnotyzujące riffy i solówki dopełniają obrazu. Josh na scenie jest demoniczny, ale wizerunek łagodzi uroczym uśmiechem i naturalnym, a nieprzegadanym i inteligentnym kontaktem z publiką. Po takich wrażeniach od razu zakupiłam ich muzykę na nośniku fizycznym.

Necrowretch
Z tych zespołów, które bardzo chciałam zobaczyć, tym się trochę zawiodłam. Jak lubię ich płyty, tak występ live mnie znudził (albo miałam chwilowy kryzys fizyczny). Mam nadzieję, że jesienny koncert przed Misþyrming odbiorę lepiej.
Múr
No to była istna miazga. To zawsze wystarcza za opis ich występów. Młode chłopaki z bardzo dojrzałym spojrzeniem na muzykę, grający swoje ciężkie nuty jak szaleńcy (perkusista!), ubrani w eleganckie wdzianka. Oczywiście uwagę przykuwa frontman i klawiszowiec Kári Haraldsson, z przejmującym, bogatym wokalem i w ch… niezwykle długimi włosami, niemal tak długimi, jak frazy, które potrafi przeciągać w nieskończoność, wyglądający jak istota z innej planety. Do tego wszystkiego jeszcze psychodeliczne wizualizacje i przepis na trans mamy gotowy. Drugi raz widziałam ich live i drugi raz zbierałam szczękę z podłogi – a także wzruszyłam się do łez (chyba na tym samym utworze). Na nich i na blackmetalowy Forsmán patrzyłam wcześniej – na Andkristni 2025 – z szeroko otwartymi oczami i niemal szokiem. Dwa niesamowite, młodziutkie zespoły, które bardzo szybko wzmacniają swój talent i wpływ na scenę. Múr był w naszym kraju już kilka razy i będzie znów jesienią, tym razem z Oranssi Pazuzu. Ja idę na pewno!

Aborted
Kilka razy już Duńczyków widziałam, ale ucieszyłam się jak dziecko, kiedy znaleźli się w lineupie. Jak zawsze dobra zabawa i dużo ruchu. Gitarzysta dostał specjalne owacje. Typowe dla wokalisty Svena żarty jak za każdym razem pewnie kogoś mogły urazić, ale dla mnie w jego wykonaniu zawsze są naturalne.
DZIEŃ TRZECI – GORĄCE I NOSTALGICZNE ZAKOŃCZENIE
Tego dnia po spacerze po okolicy byłam tylko na bardzo interesującej Drum Clinic (uwielbiam te wszystkie clinics!) z Kristjánem Einarem Guðmundssonem m.in. z Nexion. Komiczny sposób prowadzenia spotkania przez Addiego Tryggvasona z Sólstafir (który zresztą spóźnił się nieco, bo zespół miał specjalnie zorganizowany soundcheck, obserwowany przez dzieci – cudowna sprawa!) ubarwił prezentację talentu perkusisty.
Kookaveen
Tercet zagrał krótkie strzały, jak przystało na rasowy death/grind. Utwory z nowego albumu mają do tego fajny groove. Był to pierwszy występ ostatniego dnia, więc publika już trochę rozmemłana, ale ostatecznie zebrał się tłumek, wyraźnie zadowolony z koncertu, i na koniec rozkręcił młyn.
Kapela do niedawna była polsko-islandzka.
– Teraz wszyscy to Polacy – opowiadał mi Rob-D, gitarzysta. – Ja i wokalista Tadeusz mieszkamy na Islandii, a nasz garowy Psychoradek w Polsce. Działamy od 2018 roku, mamy w dorobku jedną LP oraz minialbum, który niedługo ujrzy światło dzienne.
Przy okazji rozmowy o polskich akcentach na Sátanie (w 2025 w lineupie był Vader – wspaniały koncert i przyjęcie przez Islandczyków) spięły się nam trzy dni festu, bo okazuje się, że Kookaveen dysponuje sprowadzonym ze studia Hendrix stołem mikserskim, na którym wyprodukowano m.in. albumy Azarath czy Vesanii, a także dwie płyty Behemotha.
Devine Defilement
Bardzo lubię tych wariatów – i jakoś tym razem weszli znacznie lepiej niż na Hellfoss, kiedy widziałam ich poprzednim razem. Dwaj wokaliści (uwielbiam to rozwiązanie), moc i melodia, pod sceną szalony headbanging i taniec. Zaliczyłam kolejne cardio.
Wistaria
Lokalna legenda melodeathu, która na jakiś czas się wycofała. I super, że powróciła, bo jest to kapitalne granie. Szczególną uwagę zwracały partie gitary z bogatymi solówkami, a cały występ zespołu spotkał się z niezwykle gorącą reakcją publiczności.
Power Paladin
Power metal, więc 70s vibe. Wspaniali technicznie wioślarze! Do tego lekki klimat zabawy, latające papierowe samoloty i ucięte nogawki dżinsowych spodni – krótkie spodenki to znak rozpoznawczy PP. Nastroju zabawy dopełnili też gościnni wokaliści i wokalistka, którzy wchodzili na scenę dosłownie na chwilę.
Misþyrming
Dzika Czwórka po raz trzeci na scenie. Przed zwyczajowym intro w postaci Hælið wybrzmiało coś jeszcze, co pierwszy raz pojawiło się na Fortress Festival, weekend przed Sátanem. Co tu dużo mówić? Dagur z wielce poważną miną wyrzucił pozostałą na scenie po Power Paladin nogawkę (którą ktoś zaraz wrzucił tam ponownie), po czym piekło się otworzyło, podkręcając najgorętszy występ festiwalu. Potęga i piękno ich blacku dla mnie obecnie nie ma sobie równych. Porywający, emocjonujący koncert, który przeleciał jak z bicza i skończył się zbyt szybko. Pełen szacunek za najwyższy muzyczny level i pasję przekazywaną przez formację fanom, a także za kontakt z publicznością, pomimo trzech dni „na scenie”. Po kilkuletniej przerwie panowie powracają w tym roku do Polski, na Summer Dying Loud i koncerty klubowe w październiku. Obecność obowiązkowa.
The Haunted
Solidny zespół stworzył znakomitą atmosferę, prezentując przekrój przez swój death/thrash metalowy materiał i ubarwiając to lekką konferansjerką. Młyn się rozkręcił, a ja po szaleństwach na Devine Defilement i Misþyrming nagle doznałam kondycyjnego zjazdu.
Sólstafir
Formacja weszła do lineupu w zamian za Dimma, których bardzo chciałam usłyszeć, ale i tak się ucieszyłam na zmianę. Sólstafir doskonale pasuje jako muzyczna klamra Sátana. Tak jakoś wychodzi, że ostatni, najczęściej wydłużany, występ jest tu już totalną wspólną zabawą, ale taką w nostalgicznym nastroju. W 2024 wspaniale poprowadził ją legendarny HAM (których tam odkryłam i w pełni pokochałam), a w 2025 Skálmöld. Wspólne kołysanie, śpiewanie – nawet jeśli nie znasz słów – śmiech i przytulanie. Na pożegnanie.
AKTYWNOŚCI DODATKOWE
W tym roku koncertom towarzyszyło wiele dziennych aktywności dodatkowych: turniej golfa na pobliskim polu, mecz bingo i quiz metalowy w zaprzyjaźnionej knajpie, a także wycieczka po okolicy ubarwiona opowieściami o islandzkiej scenie metalowej. Od popołudnia bezpośrednio przed halą działała też ReykjaDoom Off-venue, namiot przygotowany przez organizatora różnych eventów (w tym ReykjaDoom Festival) i wyposażony w cały niezbędny sprzęt – dla każdego, kto chciałby zagrać. Bardzo fajna inicjatywa, która pozwalała sprawdzić się na scenie i dać się usłyszeć ludziom – a także bookerom. Na listę zapisał się szereg grup zyskujących coraz większy rozgłos i już koncertujących (jak Gaddavír czy Skurðgoð) oraz mniejszych, a ogólnie mikrofon mógł wziąć każdy.
– Bardzo nas cieszy, jak te dodatkowe atrakcje zostały przyjęte – komentuje Gísli Sigmundsson. – Mamy nowe pomysły na 2027 rok, niech ludzie mają jeszcze więcej frajdy.
TRZY LATA ROZWOJU
Zaznaczenie obecności Sátana w Stykkishólmur podczas pierwszej edycji, w 2024 roku, było jeszcze znacznie cichsze, jakby nieśmiałe. Teraz metal rozlega się z ogródków pensjonatów i prywatnych kwater, wszędzie gdzie uczestnicy się zatrzymują, a namiot ReykjaDoom dudni i odbija się od budynku po drugiej stronie ulicy. Wygląda to coraz bardziej jak typowe festiwalowe miasteczko. Obsługa w hotelach pyta „jak koncerty?”, a w okolicy można znaleźć specjalne oferty na saunę czy burgera dla festiwalowiczów. Wśród uczestników nie brakuje obcokrajowców, którzy, tak jak ja, przylatują specjalnie na to wydarzenie.
– Nie mam jeszcze dokładnych liczb, ale w lutym mieliśmy sprzedanych prawie 25% biletów do krajów zagranicznych – mówi Gísli. – Teraz ten udział na pewno spadł, bo Islandczycy kupują bilety późno, ale wydaje się, że z każdym rokiem rośnie liczba gości z zagranicy. Cieszy mnie to i dodaje pokory, kiedy widzę, jak ludzie przyjeżdżają do nas, na ten koniec świata, zobaczyć nasz mały festiwal.

Niezwykłe jest zaangażowanie mieszkańców Stykkishólmur. Dorośli uczestniczą w przygotowaniach, młodzież sprzedaje pod halą ręcznie robioną biżuterię albo herbatę. Niezwykłe? Przecież to jasne, że każde tak duże wydarzenie ściąga do miasteczka ludzi i kasę. Niezwykłe może wciąż w Polsce. Sátan znaczy „stóg siana”. Jest to też nazwa pobliskiego wzgórza, z którym związane są miejscowe legendy. Ale jednym z tegorocznych wzorów merchu festiwalowego było: I am Sátanist. No kto by się nie pokusił? Tymczasem ja, jak tylko wyszłam z samolotu w Polsce, od razu zdjęłam z nadgarstka opaskę z nazwą festu, żeby co poniektórym nie podnosić ciśnienia.
O rosnącej randze islandzkiego festiwalu świadczy lineup. Ten z roku na rok staje się coraz bardziej międzynarodowy i coraz silniejszy. Oczywiście mamy już pierwsze ogłoszenie na Sátana 2027 (na Islandii chyba nie funkcjonuje coś takiego, jak blind bird), a w nim m.in. The Halo Effect, Old Man’s Child, Lik i Hellripper, a także lokalne legendy: HAM (da się ich sprawdzić w sieci, ale nagrania nie pokazują, jak totalnie roznoszą lokal, w którym grają) i Drýsill.
Na koniec jeszcze trochę o tej unikalnej atmosferze. Częściowo dzieje się to samo, bo mieszkańców Islandii nie jest wiele, a metali jeszcze mniej, więc siłą rzeczy na wszystkich imprezach spotykasz ten sam zestaw ludzi. U nas też się to często zdarza, ale nie w takiej skali. Nawet nie musisz z nimi rozmawiać – zawsze się do ciebie uśmiechną. Bo największa różnica tkwi chyba w samych ludziach. Islandczycy są otwarci i ciekawi człowieka, ale w spokojny sposób – ani nie ten modny bardzo pozytywny, ani nie tak oceniający, jak u nas. Jednocześnie niewiele im przeszkadza, ale dbają o poczucie bezpieczeństwa u każdego obecnego.
– Widzę, jak Sátan staje się dla ludzi punktem, którego nie mogą ominąć, bo daje im tyle funu – podsumowuje Gísli. – A kolejny rok będzie jeszcze lepszy!
Wielkie dzięki dla organizatorów i całego zespołu za pracę, jaką wkładają w przygotowanie tego wydarzenia! Ja przyleciałam tam na pierwszą edycję zrobić wywiad z Dagurem, a wracam co roku dla całego festiwalu.
Fot. Aðalsteinn Valur Grétarsson
- FORSMÁN: „Niedoskonałość to w muzyce prawdziwe człowieczeństwo” - 13 lipca 2026
- 26. edycja festiwalu Andkristni już w grudniu - 13 lipca 2026
- Sátan Festival 2026 – relacja z festiwalu w Islandii - 14 czerwca 2026







Pingback: FORSMÁN: „Niedoskonałość to w muzyce prawdziwe człowieczeństwo” - KVLT | KVLTowy wywiad