System of a Down, Queens of the Stone Age, Acid Bath – relacja z dwóch koncertów, Warszawa (18.07.2026 i 19.07.2026)

W jakiej kondycji pozostaje uwielbiane nad Wisłą System of a Down? Czy zabranie ze sobą na trasę słynnego QOTSA oraz powracającego do aktywności po latach niebytu Acid Bath było dobrym pomysłem? I czy SOAD zasłużenie DWUKROTNIE wyprzedał tak potężny obiekt, jakim jest PGE Narodowy?

Odpowiedzi na te pytania przyszło mi poznać w ciepłą noc 18 lipca oraz deszczowy i wietrzny niedzielny wieczór nazajutrz. To właśnie podczas wspomnianego letniego weekendu Serj, Daron, Shavo i John pojawili się na scenie postawionej wewnątrz stadionu. Gwoli redaktorskiego obowiązku dorzucę, iż organizatorem całego przedsięwzięcia była agencja Live Nation Polska.

TO JUŻ PRAWIE MINIFESTIWAL

Ciekawy roster wykonawców ulokowanych na plakacie sugerował, że tak naprawdę miałem do czynienia raczej z objazdowym minifestiwalem, aniżeli standardowym, międzynarodowym tournée jednej kapeli; po prostu nie mogłem odpuścić sobie choćby fragmentu występu żadnej z trzech odwiedzających Warszawę formacji. Dlaczego? Otóż występujące jako pierwsze Acid Bath było dla mnie prywatnie grupą z wielu powodów najważniejszą – w życiu nie spodziewałbym się, że nieodżałowana kapela z Luizjany kiedykolwiek się zejdzie, a tym bardziej przyjedzie do Polski. A jednak niemożliwe stało się możliwe.

Liczne nagrania z amerykańskich koncertów AB, dostępne w przepastnych zasobach YouTube’a, przekonywały mnie, że powrót Daxa Riggsa w sludge’owym formacie wciąż może mieć większy sens. Trzech oryginalnych członków (Dax plus gitarzyści Sammy Pierre Duet oraz Mike Sanchez) wspieranych jest na żywo przez aktualnego bębniarza Goatwhore i byłego basistę Crowbar. Taka ekipa przecież nie może zagrać kiepsko, prawda?

No i nie zagrała, krótko mówiąc. Co prawda Acid Bath dysponowało jedynie półgodzinnym slotem, ale Amerykanom udało się wycisnąć z tego czasu dosłownie wszystko.

KONCERTY ACID BATH DAŁY RADĘ

Miło mi zatem napisać, iż noszący przeciwsłoneczne awiatorki, nieco wycofany Riggs pozostaje w świetnej kondycji wokalnej. Pozostali muzycy pilnują natomiast, by ciężkie, skrajnie przesterowane riffy uderzały z odpowiednią precyzją. Co jednak najważniejsze, czuć, że panom naprawdę chce się grać te ponad trzydziestoletnie numery. Nie jest to więc raczej reaktywacja podyktowana zwykłym skokiem na kasę.

Jedynym minusem była długość setlisty, usłyszeliśmy bowiem jedynie pięć utworów — co jednak już otwierającemu Tranquilized nie przeszkodziło skutecznie poderwać pierwszych rzędów. Podczas obu 30-minutowych setów nie odnotowałem ponadto żadnej wpadki wykonawczej zarówno podczas śpiewu Daxa, jak i gry każdego z instrumentalistów. Na dodatek frekwencja chyba całkiem dopisała: polskie występy AB mogło oglądać nawet po kilkanaście tysięcy fanów, co pozostaje niezłym wynikiem, biorąc oczywiście pod uwagę dość wczesną porę dnia. Wszystko bowiem dobiegło końca punktualnie o 19:00.

NAGŁOŚNIENIE PODCZAS ACID BATH

Ilekroć odwiedzę PGE Narodowy, jakimś cudem wciąż zajmuję miejsca, w których nie sposób narzekać na brzmienie. W sobotę siedziałem na jednej z górnych trybun, blisko dachu, około ⅔ odległości od sceny, zaś w niedzielę usadzono mnie wewnątrz trybuny dolnej, mniej więcej pośrodku całego obiektu. Prawdę mówiąc, podczas wsłuchiwania się w koncerty nie odczułem żadnego dyskomfortu, co pozwoliło mi po prostu cieszyć się muzyką. Jasne, jakość wykręconego przez akustyków dźwięku nijak miała się do ideału, lecz obyło się bez kręcenia nosem. Ale ponownie: zdaję sobie sprawę, iż sporo osób czytających niniejszą relację mogło mieć zgoła odmienne wrażenia, wyniesione z zabawy na innych obszarach areny.

Wracając do Acid Bath, miks już pierwszego zagranego utworu pozostawał co najmniej czytelny, zaś drugiego numeru, Bleed Me an Ocean, dało się już słuchać z przyjemnością. Później zagrano jeszcze Graveflower, Dead Girl i rewelacyjne Paegan Love Song, po czym piątka muzyków opuściła podest. Niedosyt pozostał, jednak na to, czego doświadczyłem, nie byłbym w stanie narzekać.

Setlista Acid Bath – Warszawa 2026

  • Tranquilized
  • Bleed Me an Ocean
  • Graveflower
  • Dead Girl (w niedzielę 19.07 w wersji Agents of Oblivion)
  • Paegan Love Song

QUEENS POSTANOWIŁO ZARYZYKOWAĆ

Później przyszedł czas na Queens of the Stone Age. Dowodzona przez Josha Homme’a załoga jest aktualnie w bardzo ciekawym momencie kariery, walcząc najwyraźniej o wyzbycie się chyba jednak niesłusznie narzuconej lata temu etykiety dad-rockowców – dopiero co światło dzienne ujrzał bowiem udany singiel Easy Street, a żeby tego było mało, słynny kwintet podjął się występowania jako gość specjalny na wielkiej objazdówce legendy nu-metalu. Czy 20 lat temu ktoś w ogóle śmiałby obstawiać u bukmacherów kurs na wspólną trasę QOTSA z SOAD-em? Szczerze wątpię, ale jak widać, czasy i obyczaje odbiorców się zmieniają.

Pozwolę sobie jeszcze na krótką dygresję. Zawsze cieszy mnie, gdy uznany, dysponujący ogromną bazą fanów zespół postanawia schować ego do kieszeni, by “zaryzykować wizerunkowo” rolą supportu. To z całą pewnością miła odmiana względem headlinowania wyłącznie dla własnej publiczności, a także oczywista szansa na dotarcie do nowych osób. 

QOTSA W MISTRZOWSKIEJ KONDYCJI

Pięciu mężczyzn nieśpiesznie zajęło miejsca z przodu przypominającej przewrócony blok ze Stonehenge scenografii około 19:30. Przedtem obejrzeliśmy jeszcze psychodeliczną animację ukazującą powykręcane twarze artystów w towarzystwie między innymi… galopujących koni oraz zachodów słońca. Wówczas szybko zaczęło stawać się jasne, że wraca dziwaczne QOTSA. Czyli będzie trochę jak za dawnych czasów.

Na PGE Narodowym dał się więc odczuć znany z pierwszych kilku płyt stonerowy “niepokój”, podlany charakterystycznym punk-rockowym etosem. To niewątpliwie zmiana ku lepszemu. Dysponująca niespełna godzinnym setem grupa podczas obu spędzonych w Warszawie dni postawiła wyłącznie na energiczne numery, ograniczając do minimum okołotaneczne podrygi z ostatnich albumów. QOTSA dowieźli zdecydowanie najlepszy koncert pierwszego wieczoru, drugiego zaś jedynie nieznacznie przegrywając z System of a Down.

Popularni Queensi w obu przypadkach zaczynali od Regular John, The Lost Art of Keeping a Secret i nośnego Do It Again. Między numerami niemalże brakowało tchu, gdyż kwintet „jechał” jeden banger za drugim. Oprócz typowego greatest hits (No One Knows, Go With the Flow, Little Sister), nie zabrakło także deep cutów (The Fun Machine Took a Shit and Died czy Run, Pig, Run z Era Vulgaris). Zwieńczenie całego tego chaosu kultowym A Song for the Dead dopełniło dzieła. Ponadto w niedzielę ten ostatni utwór przedłużono o ładnych kilka minut, co znacząco przełożyło się na dociążenie całej kompozycji. Było mocno, szybko i mrocznie, czyli dokładnie tak, jak sobie tego życzyłem. Martwię się jedynie zdrowiem Homme’a: twarz Josha stała się dziwnie różowa. Obstawiam, że to z powodu wieloletniego uzależnienia od alkoholu, z którym muzyk nie kryje się od dawna.

Setlista Queens of the Stone Age – Warszawa 2026, 18 lipca

  • Regular John
  • The Lost Art of Keeping a Secret
  • Do It Again
  • Sick, Sick, Sick
  • The Fun Machine Took a Shit and Died
  • Paper Machete
  • My God Is the Sun
  • Run, Pig, Run
  • Little Sister
  • Go With the Flow
  • No One Knows
  • A Song for the Dead

Setlista Queens of the Stone Age – Warszawa 2026, 19 lipca

  • Regular John
  • The Lost Art of Keeping a Secret
  • Sick, Sick, Sick
  • You Think I Ain’t Worth a Dollar, but I Feel Like a Millionaire
  • The Fun Machine Took a Shit and Died
  • Paper Machete
  • My God Is the Sun
  • The Evil Has Landed
  • Little Sister
  • Go With the Flow
  • No One Knows
  • A Song for the Dead

SOBOTA 18.07 | WRZAWA WITA SYSTEM OF A DOWN

Punktualnie o 21:00 na scenę wkroczył John Dolmayan, sprawnie zajmując miejsce za pokaźnym zestawem perkusyjnym. Następnie wolnym, acz pewnym siebie krokiem zza kulis wszedł Daron Malakian. W tym momencie wrzawa fanów była już oszałamiająco głośna, głośniejsza od niejednego koncertu zorganizowanego na warszawskim stadionie.

Po chwili do noszącego nieodłączny czarny kapelusz gitarzysty dołączyli basista Shavo Odadjian (w żółtych podkolanówkach!) oraz legendarny Serj Tankian. Ten ostatni przywitał polskich fanów szerokim uśmiechem, kłaniając się w dystyngowanej, skórzanej marynarce.

Melodyjne intro do Soldier Side zostało sprawnie przełamane uderzeniem B.Y.O.B. Przez cały wieczór Dolmayan zasuwał za zestawem perkusyjnym niczym dobrze naoliwiona maszyna, natomiast Daron i Shavo szybko postawili na zapewnienie show popisami: piruety z instrumentami, opętańczy headbanging czy żywiołowe granie solówek, połączone z wymachiwaniem gitarą w powietrzu.

Coś za coś, ponieważ popisy odbyły się kosztem własnych partii – napisać, że obaj panowie grali po prostu niechlujnie, to jakby nie napisać nic. Tak czy siak, szczerze wątpię, by komuś mogło to jakoś mocniej przeszkadzać, gdyż SOAD słynie przecież z luźnego podejścia do własnych występów. Sam również nie przejąłem się więc zbytnio kiepsko wytłumionymi riffami, bądź co rusz niknącym basem.

SOAD TO DZIŚ TRZECH PLUS JEDEN

Serj Tankian śpiewał czysto i równo, oszczędzając głos. Nic jednak dziwnego, wszak wokalista zbliża się do sześćdziesiątki. Nie zmienia to faktu, iż jego firmowe krzyki zostały niemal całkowicie wyparte przez bardziej balladowy wokal. Przełożyło się to, rzecz jasna, na słabsze uderzenie: klasyki takie jak Deer Dance, Bounce czy obowiązkowe na koniec Sugar wybrzmiały poprawnie, lecz nie tak, jak można by sobie tego życzyć.

W sobotę najwięcej zarzutów miałem właśnie do samego Tankiana. Dlaczego? Artysta pozostawał statyczny, na dodatek rzadko pozwalając sobie na interakcje z publicznością. Sprawiał wrażenie trochę nieobecnego.

Pałeczkę przejmował pełen energii Daron, pozostając swego rodzaju mistrzem ceremonii. Malakian nadal jest bez wątpienia duszą SOAD-u, rewelacyjnie radząc sobie z harmoniami wokalnymi oraz nawiązywaniem współpracy z fanami. Tego dnia muzyk miał zresztą urodziny, z okazji których zgromadzeni w PGE Narodowym zaśpiewali mu gromkie „Happy Birthday”, wypuszczono także morze kolorowych baloników. “Balloons! It’s a nice touch”, skomentował ciepło.

ZMĘCZONY SERJ

Składająca się aż z 30 (!) numerów bądź fragmentów piosenek setlista z całą pewnością pozostawała wymagająca dla każdego w kapeli, niemniej niedyspozycja Serja dawała się we znaki. Nie będzie przesadą napisanie, iż jego forma stała w nadzwyczajnym kontraście do stale headbangującego Shavo, wygłupiającego się Darona oraz nieustannie bębniącego Johna, dysponującego cardio zawstydzającym niejednego sportowca.

Owego pamiętnego, sobotniego wieczoru Tankian wyglądał na zaniepokojonego lub niezadowolonego. Nie zrozumcie mnie źle: nie było mowy o żadnym negatywnym, “gwiazdorskim” zachowaniu w stylu choćby Morrissey’a, lecz raczej o zmęczeniu materiału spowodowanym może smutną koniecznością wykonywania tych samych utworów na długiej trasie. Warszawa była zresztą jej ostatnim przystankiem, a SOAD nie dysponuje przecież zbyt bogatą dyskografią.

NOSTALGIA TO ZA MAŁO

Co szczególnie ważne, System of a Down anno domini 2026 gra koncerty bez rozbudowanej scenografii. Po lewej i prawej stronie estrady widnieją jedynie pojedyncze podesty dla instrumentalistów, a za zespołem wyświetlane są wizualizacje. Z jednej strony doceniam minimalizm takiego rozwiązania, z drugiej uważam, że nie do końca się ono broni.

Swoją opinię motywuję obejrzeniem grupy w 2013 roku podczas koncertu w łódzkiej Atlas Arenie (cały set znajdziecie w dobrej jakości na YouTube). Miałem wrażenie, że teraz, 13 lat później w Warszawie, widziałem pod wieloma względami bliźniaczy, lecz mniej udany (nie oszukujmy się, głównie z powodu upływu czasu) występ, który ze względu na nostalgię miał prawo bronić się wtedy, ale w 2026 stracił moc sprawczą.

W 2013 postawiono na eksperymentalną setlistę (podobnie jak teraz przeważały numery z Toxicity, niemniej zagrano również chociażby Holy Mountains z Hypnotize), a cały zespół znów przypominał głodny sukcesu monolit. Już wtedy jednak zaczynało brakować elementu nieprzewidywalności oraz swego rodzaju firmowego szaleństwa, stanowiącego niegdyś niezwykle ważną składową twórczości SOAD-u. I prawdę mówiąc, gdyby nie Daron, szaleństwo to raczej nie pojawiłoby się w Warszawie nawet w niewielkim stopniu.

W sobotę, mimo wielu posyłanych sobie nawzajem uśmiechów wszystkich czterech muzyków, brakowało mi głębszego porozumienia między instrumentalistami a Tankianem. Panowie najwyraźniej funkcjonują obecnie w systemie „trzy plus jeden”. Niespełna 60-letni wokalista w wywiadach przyznaje, że jeżdżenie w trasy jest dla niego nad wyraz wyczerpujące, szczególnie teraz, pięć lat po skomplikowanej operacji pleców. I choć w pełni rozumiem kwestie zdrowotne, moim zdaniem SOAD stać na znacznie więcej niż tylko odegranie starych utworów w albumowych, a więc i niezmienionych aranżacjach.

Setlista System of a Down – Warszawa 2026, 18 lipca TUTAJ

NIEDZIELA 19.07 | WIĘCEJ LUZU

Pomimo wiatru i przenikliwego deszczu niedzielna noc rozpoczęła się od porywającego wykonu X. Następnie natychmiast usłyszeliśmy Suite-Pee i nieśmiertelne Prison Song. Podczas refrenowych duetów wokalnych w Violent Pornography odnotowałem wreszcie pewien zalążek braterstwa, którego tak bardzo brakowało mi u SOAD-u kilkanaście godzin wcześniej. Cała czwórka z Los Angeles wreszcie zaczęła wyglądać na rozluźnioną. Nie ma co się oszukiwać: zapewne również dlatego, że przyszedł czas na koncert zamykający europejską trasę. Generalnie oba warszawskie sety nie różniły się od siebie w zbyt dużym stopniu. Owszem, tu i ówdzie pozmieniano kolejność numerów, jednak zarówno w sobotę, jak i niedzielę przeważały kawałki ze wspomnianego wcześniej Toxicity oraz pamiętnego debiutu. 

Po jakimś czasie Serj zaczął się wygłupiać, na przykład podstawiając mikrofon bębniącemu Johnowi, który powstrzymywał się, by nie parsknąć śmiechem podczas grania wymagających partii. W końcu również sam Tankian mocniej wczuł się w swoją rolę, pozwalając sobie wreszcie na coś więcej niż tylko oszczędne gestykulowanie podczas śpiewu. Pisząc kolokwialnie, chłop się po prostu ruszył i zaczął cieszyć się razem z widzami. Być może pomogło mu odświeżenie setlisty (pojawił się np. Mr. Jack ze Steal This Album! oraz DAM ze stareńkiego Demo Tape 1), lecz zmiany spotkały się z częściowym niezadowoleniem fanów, oczekujących chociażby niezagranej w niedzielę ATWY.

Setlista System of a Down – Warszawa 2026, 19 lipca TUTAJ

CZY KONCERTY SYSTEM OF A DOWN SPEŁNIŁY OCZEKIWANIA?

Na niespełna dwie godziny wrócił więc cień ducha niegdysiejszej wersji System of a Down, dzięki czemu ostatecznie opuszczałem PGE Narodowy zadowolony. Tyle że sobotniego wieczoru wyszedłem z tego samego obiektu z mieszanymi uczuciami.

Na koniec wytłumaczmy sobie jedną sprawę: to oczywiste, że doświadczeni panowie po 50-tce raczej nie będą chcieli grać jak spragnieni kolejnych występów małolaci. Trudno zresztą byłoby tego od nich oczekiwać. Tak czy inaczej aktualnie dla SOAD-u widzę jedynie dwie opcje: albo pora przemodelować i odświeżyć formę występów, wymyślając podejście do koncertów niejako na nowo, albo na poważnie rozważyć zakończenie kariery. Lepiej bowiem pomyśleć o tym teraz, gdy jest się jeszcze na ustach wszystkich, niż stać się czymś na kształt własnej autoparodii.

Osobiście nie wyobrażam sobie dalszego objeżdżania świata z równie lekko, by nie napisać leniwie podanym pakietem greatest hits, ponieważ nawet zbiór największych hitów trzeba umiejętnie zaprezentować. Pójście na łatwiznę, przynajmniej póki co, gryzie mi się z etosem słynnej kapeli. Tym bardziej że trudno wyobrazić sobie jeden z najbardziej kreatywnych zespołów wszech czasów cierpiący na nagły brak trafnych pomysłów.

Hubert Pomykała
(Visited 1 times, 184 visits today)

O autorze: Hubert Pomykała

Jestem Huwer. Publikuję dla CD-Action oraz KVLT, współprowadzę Oksymoron Podcast, gram na basie w formacji Źrenice. Zaobserwuj mnie na FB i Insta: @huwering
Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .

Dodaj komentarz