The Australian Pink Floyd Show – Kraków (25.02.2020)

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Na początek się przyznam, że całym sobą żywię niechęć do wszelkiego rodzaju tribute bandów. Działalność takich grup kojarzy mi się niemalże wyłącznie z żerowaniem na uczuciach fanów, stąd też wszelkie imitacje The Doors, Led Zeppelin i tym podobnych omijam możliwie najszerszym łukiem. Jednakże tak jak to zwykle z regułami bywa, tak i od tej jest wyjątek – a zwie się on The Australian Pink Floyd Show. Australijczycy słyną z niezwykle widowiskowego show, niesamowitej dbałości o detale, licznych nawiązań do koncertów Gilmoura i Watersa oraz całego morza ekstatycznych opinii na temat ich koncertów – wliczając w to opinie samych członków oryginalnego Pink Floyd. Dlatego też postanowiłem złamać swoją zasadę i wybrałem się do Krakowa, aby na własne oczy sprawdzić, jak bardzo przehajpowana jest australijska grupa.

Okazało się, że wszystkie te peany spływające zewsząd pod adresem The Australian Pink Floyd Show nie są ani odrobinę przesadzone. Zacznę od tej wizualnej strony występów najpopularniejszego tribute bandu Floydów. Cytując filmowego klasyka: mają rozmach, s…y. Oprawa przygotowana przez Australijczyków była efektowna, było tam wszystko – od niezwykle intensywnej pracy scenicznych świateł, poprzez laserowy show podobny do tego, jaki kilka miesięcy temu zaprezentował w tym miejscu Tool; duży, okrągły telebim w centralnej części sceny wyświetlający różne animacje w jakiś sposób powiązane z utworami aż po ogromnego dmuchanego różowego kangura, będącego maskotką zespołu (tupał do rytmu oraz na zakończenie kłaniał się publiczności), latającej dmuchanej świni, której Floydzi używali podczas trasy promującej krążek The Division Bell czy dmuchanego nauczyciela z filmu The Wall, który zajął miejsce obok lewej części sceny podczas odgrywania przez zespół Another Brick in the Wall. To, co widziałem na scenie i obok niej robiło bardzo wielkie wrażenie i trudno nie zgodzić się ze wszystkimi opiniami określającymi show zespołu jako niesamowite widowiskowe przeżycie. Za takie dopracowanie występu należy się Australijczykom ogromne, ogromne uznanie – w końcu jako tribute band wcale nie musieli przykładać do tego takiej wagi, widać było jednak, że chcą zapewnić fanom Pink Floyd coś niezapomnianego.

Oczywiście nie byłoby to możliwe bez przynajmniej dobrego odegrania utworów autorstwa legendarnych Anglików. Na szczęście i pod tym względem The Australian Pink Floyd Show przebili moje oczekiwania i to znacznie. Wprawdzie tego, że wszystko będzie zagrane poprawnie i wiernie oryginałom się spodziewałem (chociaż zespół gdzieniegdzie postanowił dodać kilka drobnych smaczków od siebie), jednak to, że Chris Barnes oraz Ricky Howard będą brzmieć tak podobnie do Rogera Watersa i Davida Gilmoura okazało się dla mnie sporą niespodzianką. Do tego jeszcze szalejący saksofonista Max Kidson, wijący się w zabawnym tańcu trzyosobowy damski chórek… czego tam nie było! Nie zawiodła również setlista składająca się z aż dwudziestu jeden utworów, z których większość była absolutnymi hitami Pink Floyd, choć po cichu liczyłem na to, że dane mi będzie usłyszeć Dogs czy High Hopes.

Setlista
Obscured by Clouds
When You’re In
In the Flesh?
Time
Money
Us and Them
Brain Damage
Eclipse
What Do You Want From Me
Keep Talking
The Happiest Days of Our Lives
Another Brick in the Wall Pt. 2
Astronomy Domine
Shine On You Crazy Diamond Pts I-V
Wish You Were Here
Sheep
Mother
Sorrow
One of These Days
Run Like Hell
Comfortably Numb

Sądząc po wypełnionej fanami Tauron Arenie, która niemal chóralnie oklaskiwała muzyków jeszcze długo po zakończeniu ich występu, wnioskuję, że wielbiciele Pink Floyd byli tymi trzema godzinami wprost wniebowzięci. Nic dziwnego – Anglików z wiadomych powodów zobaczyć na żywo już nie można, a Australijczycy są zdecydowanie najlepszym możliwym wyborem, jeśli o jakąkolwiek namiastkę koncertu legend progresywnego grania chodzi. Ja zaś we wtorkowy wieczór ponownie zakochałem się w kilku klasykach, które teraz niechętnie opuszczają moje głośniki. Mimo całej mojej awersji do tribute bandów, bez bicia przyznam, że The Australian Pink Floyd Show warto dać szansę.

Łukasz W.

Tagi: , , , , , , , , , .