The Cure, The Twilight Sad – Łódź (21.10.2022)

Kiedy wszedłem do hali, z głośników na scenie słychać było dźwięki padającego deszczu. Nie znając żadnej z setlist występów na tegorocznej europejskiej trasie zespołu Roberta Smitha, mogłem się spodziewać, że zagrają The Same Deep Water as You lub Prayers for Rain… Była to jednak „zmyłka”, bo takich rarytasów jednak nie uświadczyliśmy. Mimo to program był naprawdę niezły, więc wieczór uważam za udany.


Zanim zobaczyliśmy The Cure, przez kilkadziesiąt minut czas oczekiwania umilał nam szkocki zespół The Twilight Sad. Swój występ rozpoczęli utworem Kill it in the Morning z płyty No One Can Ever Know, zagrali też m.in. 10 Good Reasons for Modern Drugs czy melodyjny There’s a Girl in the Corner. To był ekspresyjny, rockowy występ. Bez specjalnych wzlotów, ale dość interesujący. Panowie są zaprzyjaźnieni z Robertem Smithem i to jest już kolejna ich wspólna trasa z The Cure. Trzeba przyznać, że był to udany wstęp do tego, co się działo później w Atlas Arenie…


Po przerwie technicznej, zobaczyliśmy na scenie pięciu tak wyczekiwanych muzyków. Roger O’Donnell (klawisze), Reeves Gabrels (gitara), Parry Bamonte (klawisze), który w tym roku powrócił do The Cure po dłuższej absencji, Simon Gallup (bas) oraz ten najważniejszy, czyli wokalista i gitarzysta, Robert Smith, otworzyli swój długi występ zupełną świeżynką – przygotowywanym na nową płytę utworem Alone. Następnie cofnęli się do końca lat 80. by zagrać Pictures of You oraz A Night Like This (solo na saksofonie znane z płyty, Reeves Gabrels podmienił na gitarowy riff). Publika ożywiła się kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki Love Song, a nieco później muzycy zaaplikowali nam jeszcze jeden nowy utwór – And Nothing is Forever, dość długi, typowy dla stylistyki Brytyjczyków.
Ci, oczekujący jakichś numerów ze znakomitej płyty Pornography, dostali dwa takie, jeden za drugim. Były to Cold (w dość ekscentrycznej wersji) oraz A Strange Day, a następnie Robert wziął do ręki flet i „wydmuchał” na nim pierwsze tony utworu Burn, znanego z soundtracku do filmu „Kruk”. Był to jeden z ciekawszych fragmentów całego wydarzenia, które potrwało w sumie około 150 minut!


Smith nieczęsto przemawiał do widzów, ale jeżeli to robił, to dużo było w tym radości i humoru. Dobrze się bawił, strojąc groźne miny do wyciągniętych w jego kierunku telefonów, rejestrujących wszystko, co się działo na scenie. Trochę się także rozruszał, gdy zagrali The Walk, z charakterystycznym, tanecznym motywem syntezatora oraz w dalszej części wieczoru podczas chyba największego hitu The Cure, Friday I’m in Love. Ten utwór pochodzi z albumu Wish, od wydania którego w tym roku mija 30 lat, zatem sądziłem, że usłyszymy więcej kawałków z tejże płyty. Tymczasem było to tylko From The Edge Of Deep Green Sea, nota bene bardzo dobrze zagrany.
Generalnie program złożony został przede wszystkim z kompozycji z lat 80. Push, Play for Today, Primary, monumentalny A Forest czy Lullaby, to przykłady na to, że właśnie wtedy The Cure miało swój najlepszy czas. Ale pojawił się też np. 39, jedyny utwór z płyty Bloodflowers, z 2000 roku.


Warto jeszcze odnotować, że trzecim nowym numerem, który The Cure przetestował, był I Can Never Say Goodbye (moim zdaniem najciekawszy z całej ujawionej trójki), natomiast końcówka już zdecydowanie zachwyciła tę część publiczności, która przyszła do hali, by pobawić się przy największych hitach grupy. Wówczas można było usłyszeć chociażby Close To Me, Just Like Heaven i na sam koniec Boys Don’t Cry. Osobiście życzyłbym sobie bardziej nietypowego finału, np. czegoś jeszcze z płyty Kiss Me Kiss Me Kiss Me, ale generalnie nie było powodów do rozczarowania. Teraz czekamy na nowy album The Cure, a pewnie „niedługo” później panowie znów pojawią się tu i ówdzie na żywo!

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , .