Diuna – „Piła do pomników przyrody” (2020)

Diuna należy do moich faworytów od dłuższego czasu, a mimo tego każdego ich wydawnictwa się boję – chyba podskórnie spodziewam się, że musi nadejść czas, kiedy nasze drogi się rozejdą i odwlekam ten moment ile się da. Dlatego tak późno otworzyłem się na Piłę. Spoiler: ja i Diuna jeszcze przez jakąś chwilę na pewno będziemy najlepszymi ziomkami.

Epka to bardzo wdzięczny format. Pozwala na eksperyment, na który z różnych powodów nie ma miejsca na płycie, bo na długograju z jakiegoś powodu wszyscy szukają magicznej spójności. Sęk w tym, że w przypadku Diuny trudno mówić o eksperymencie, skoro w zasadzie cała twórczość kapeli nim jest. Na Pile do pomników przyrody Diuna odskakuje jednak lirycznie w rejony mniej psychodeliczne, bardziej umiejscowione w tu i teraz, co nie zabiera jej ani trochę poetyckości, a wręcz przeciwnie – umacnia ją jako zespół, który ma coś do powiedzenia. I w dobie, kiedy już chyba do większości poszukujących dotarło, że tak zwani „poeci rocka” stracili znaczenie lata temu, Diuna może, a wręcz powinna zrobić różnicę.

Oczywiście tak się nie stanie, bo Diuny nikt nie zestawi z gwiazdami mainstreamu. Jest zbyt hałaśliwa, zbyt trudna, grzebie zbyt głęboko. Na Pile balansuje od noise rocka, który utylizowała bardziej na ostatnim albumie, do swoich stonerowych korzeni, zahaczając wyraźnie o doom, ale też nieco spejsowe klimaty. A to wszystko choćby tylko w kolosie Śmieszny mempej, który każe mi wrócić do tematu liryk i zwrócić uwagę na pewną zaskakującą cechę, jaką ma Konstanty Mierzejewski w jego ustach nawet najbardziej banalna fraza brzmi dobrze i ma siłę wyrazu. Zresztą jego głęboki baryton poprowadzi was też przez historyczno-społeczną wycieczkę po Wiedniu, gdzie – kto by pomyślał – prowadzi też droga pustynnego rocka spod znaku choćby Truckfighters. Zapraszam do Wiednia na Walc zresztą wybucha na sam koniec i przechodzi w Podłość, numer najbardziej rozedrgany, nieco sfrustrowany, ale też przechodzący w funkujący i wręcz taneczny fragment napędzany ciepłym pochodem basowym.

Diuna coraz lepiej czuje się w manipulowaniu oczywistościami muzycznymi i lepieniu z nich utworów, które po prostu wciągają. Nie musi już szukać daleko, bo swoje dziwactwa potrafi sklecić z rzeczy będących pod ręką. Nie boi się łączyć elementów skrajnych – na wspomnianym funkującym basie szyje zgrzytająca gitara, perkusja co chwilę zmienia rytm i szasta klasycznymi partiami, w jednym miejscu znajdziemy lekki sos z elektroniki, w innym solo saksofonu. Rozpiętość inspiracji i możliwości jest szeroka, a jednocześnie Diuna lepi to wszystko po swojemu, wciąga na swoją półkę brzmieniową, nadaje nowe imiona i nazwy i z zapożyczeń robi swoje. Nawet zwykłe, dość senne partie gitary prowadzącej w instrumentalnym utworze tytułowym czemuś służą, coś wprowadzają, coś budują. Wszystko to pokazuje, że ten zespół ma dużo do powiedzenia nawet bez słów i warto go słuchać.

Jako fan Diuny jestem zobowiązany napisać, że Piła do pomników przyrody nawet nie tyle mnie nie zawiodła, co pokazała, że moja relacja z zespołem będzie wciąż kwitnąć. Dla grupy jest to chyba kolejny krok do przodu – i to dość wyraźny. Dla mnie prawdopodobnie najważniejsza pozycja w ich dyskografii, a ta jest i tak fenomenalna.

10/10

Diuna na Facebooku

Sprawdź też: Bordo, Dola, J.D. Overdrive, Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi, Psyhoes

nmtr
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , .