Nie będę ukrywał, że miałem w swoim żyćku krótki etap fascynacji southern metalem. Szybko dotarłem na głębiny, gdzie zostają już chyba tylko ci dziwni napędzani Monsterem goście, których czasami się widuje na TikToku, a którzy w dużej mierze wyglądają jak obsada horrorów o rodzinie kanibali mieszkających samotnie w lesie. Ale gdzieś tam przy brzegu jest naprawdę dużo fajnej, radosnej, luźnej muzy, gdzie określenie „rock z pazurem” nawet w sumie nie brzmi jak obraza, a jak dość adekwatny opis.
No i w Polsce mamy taki Leash Eye, żadna to nowa nazwa, więc jeśli ktoś gdzieś generalnie się z southern metalem nad Wisłą zetknął to pewnie jest świadom istnienia zespołu. Mój poziom znajomości twórczości też ogranicza się w dużej mierze do „posiadania świadomości” – gdzieś coś słyszałem, wiem, z czym się je, ale nie jestem w stanie określić, czy na przestrzeni poprzednich pięciu albumów grupa zawsze trzymała się bezpiecznych płycizn, czy zdarzyło jej się zapuścić na głębsze wody. Używając wciąż tej samej przenośni spieszę jednak donieść, że najnowszy album redneków z Warszawy, zatytułowany Destination:125 to szuwary. Czyli dobrze.
Boję się tego southern metalu jak cholera. Nigdy nie wiadomo jak blisko człek się znajdzie tworów w stylu Texas Hippie Coalition i gorszych. Z jakiegoś powodu im bliżej zespołowi do inspiracji klasycznym heavy metalem, bluesem czy starym dobrym rockiem, tym lepiej mu to wychodzi. I Leash Eye na Destination:125 są dość blisko tychże i wychodzi im to fajnie. Okej, bez wątpienia pomaga brak sztucznego redneckiego nadęcia i udawania, że chłopaki wychowali się na bagnach Luizjany. Zespół brzmi bowiem naturalnie i po prostu fajnie, nie kwadratowo.
Sprzyja tej płycie bardzo to, że nie czuć, żeby coś tu było na siłę. Jeśli akurat zachciało nam się zagrać bardziej luźny riff – spoko. Jeśli wyszło bardziej bluesowo – fajnie. Te Hammondy wszędzie, fajne, piosenkowe refreny, które się dobrze śpiewa składają się w muzykę, która daje słuchaczowi frajdę. Tutaj naprawdę nie chodzi o nic więcej, ale to wbrew pozorom niełatwe zadanie.
Leash Eye nie ustrzegli się bangerów, bo otwierający album Some Like It Hot ma wszystko, żeby być rockowym/metalowym hiciorem, podobnie zresztą jak np. Back to Hell, A Trap, czy momentami zdjęta z Black Sabbath tudzież Black Label Society skóra w postaci House of the Setting Sun ze znakomitym chóralnym refrenem. Ale to jest generalnie zestaw dobrych piosenek, fajnie zbalansowanych dzięki przystępnej formie i wyraźnej, ale nieprzesadnej liczbie ozdobników, dodatków, smaczków. Podoba mi się ta wyważona drobiazgowość, mam dzięki temu świadomość, że kwintet się przyłożył do roboty i nie rzucił mi po prostu ochłapu z sali prób. To przykład, że rockowe tudzież metalowe piosenki też warto aranżować, zastanowić się nad tym, czy tutaj akurat powinien iść ten rajdzik, a tamto przejście może jednak urozmaicić jakimś gitarowym smaczkiem. Skojarzenia ze Spiritual Beggars powinny być właściwe, choć może na Destination:125 elementem prowadzącym wydaje się jednak wokal (z całym szacunkiem do gitar na albumie Leash Eye, nie mam im nic do zarzucenia, ale jednak pan Amott, wiadomo…).
Nie skłamię jeśli napiszę, że spośród wszystkich polskich albumów w podobnej stylistyce to ostatnią płytą, która dała mi tyle zabawy była The Glorious Legacy of the Useless Bum Octopussy. A to był 2013 rok. Także: well done.
8/10
Sprawdź też: Volt Ritual, Turbo, Steamyard, The Wizards
- UKĆ – „Anomalie-Upadek konającego ćwierćwiecza” (2026) - 5 marca 2026
- Formis – „Bestiarius” (2025) - 10 lutego 2026
- Corruption – „Tequila Songs & Desert Winds” (2025) - 15 listopada 2025






