Ani sludge, ani post metal, ani tym bardziej doom nie są dziewiczymi terenami z niezliczoną ilością niezbadanych zakamarków. Każdy, kto bierze się za granie takiej muzyki musi zdawać sobie sprawę, że daleko od wzorców nie odejdzie, będzie tym samym zawsze porównywany i porównywalny z kimś, kto już był, grał, zagrał. No i tym samym trudno w tej piaskownicy ulepić jakąś babkę, która byłaby oryginalna i której ten piasek jeszcze nie widział. Wierzcie mi, wiem co mówię, znam się na piaskownicach.
Dlatego też jestem podekscytowany zawsze, kiedy na horyzoncie pokazuje się nowa grupa czy artysta, który miesza miksturę po swojemu. Z takim przypadkiem mamy do czynienia przy okazji debiutu krakowskiego trio Narbo Dacal. Grupę tworzą basistka i wokalistka Eliza, odpowiadający za perkusję o wokale Bartek oraz gitarzysta Drut, obaj z przeszłością m.in. w punkowej Inkwizycji, czego akurat na epce zatytułowanej po prostu Narbo Dacal nie słychać. Materiał na albumie jest złowieszczy w najlepszym znaczeniu tego słowa. Zespół mocno osadzony jest w doom i sludge metalu, ale nie gardzi wszystkim co ciężkie i klimatyczne. Pewnym wyróżnikiem Narbo Dacal są gitary Druta – mocno zgrzytające, nie unikające dysonansów, co dodaje muzyce zespołu pikanterii i jest pewnego rodzaju przeciwwagą dla ciepłego, mocnego i kojącego głosu Elizy, która z kolei nie boi się czarować niczym Jex Thoth. Efektem jest niepokój, zagubienie, odrobina szaleństwa.
Na tej 26-minutowej epce nie słyszę zespołu, który chciałby koniecznie ustawić się w jakimś szeregu, który chce nosić na sztandarach konkretny muzyczny slogan. Narbo Dacal pozwalają sobie zatem na wiele bez zastanawiania się, czy dany element będzie akurat pasował, nawet jeśli po fakcie okazuje się, że wszystkie puzzle są na miejscu. W ten sposób grupa paradoksalnie wyróżnia się i pasuje do wielu szuflad – znakomicie będą pasować zestawieni choćby z Dopelord, GGGOLDDD, czy Oceans of Slumber, ale spokojnie możecie sobie ich także zapodać w jednym seansie z Crowbar albo jeszcze dzikszymi tworami, jak np. nasza Krzta albo duża część black metalu. Wspólnymi mianownikami będą zarówno poziom wykonawczy i wyobraźnia muzyczna, ale przede wszystkim brak chęci podążania utartymi ścieżkami i kurczowego trzymania się reguł. Jeśli wciąż szukacie czegoś, co uwiarygodni Narbo Dacal, to weźcie też pod uwagę, że nagrania realizował, produkował, miksował i masterował M. z Mgły.
To wszystko w muzyce Narbo Dacal już jest. Jest sludge, jest post, jest doom, doszukacie się black metalu, doszukacie się może i folku, może okultyzmu. A przecież to zaledwie 26 minut muzyki w formie czterech kompozycji. Strach pomyśleć, co trio może zaprezentować w pełnym wymiarze czasowym.
Na sam koniec muszę jeszcze nadmienić, że jest to kolejny świetny album w dorobku Piranha Records i chyba taki, który najlepiej podsumowuje paletę zawartą w katalogu wytwórni.
10/10, daj tego więcej
Narbo Dacal na Facebooku
Sprawdź też: Ufomammut, Krzta, Cult of Luna, Optical Sun, Leshy, Mound
- Corruption – „Tequila Songs & Desert Winds” (2025) - 15 listopada 2025
- Leash Eye – „Destination:125” (2025) - 15 maja 2025
- Servitude – „The Origin” (2024) - 18 maja 2024






