Mogłoby się wydawać, że Thrashing Madness Productions wyciągnęło już wszystkie nieoszlifowane diamenty z metalowej przeszłości naszego kraju, ponieważ katalog wytwórni jest już wypchany po brzegi największymi tytułami podziemia. Nic bardziej mylnego, bo z początkiem obecnego roku label uderzył kolejnymi premierami i biorę się za pierwszą, czyli łódzki zespół Abathor i ich album The Ultimate Cure z 1991 roku. Do dania głównego dodane zostało jako bonus demo Reincarnation z tego samego roku.
Wydawnictwa Thrashing to dla mnie zawsze wielka radość nie tylko ze względu na spodziewany ładunek uwielbianej dawki old schoolowej łupanki, ale także z powodu bardzo dobrze przygotowanych wydawnictw, tłustych wkładek i dużej liczby materiałów archiwalnych w nich zawartych, dzięki czemu mamy szansę otrzeć się o magiczne czasy, gdy nasze podziemie kopało dupska najsilniej. Zespoły uzbrojone w gitary Defila, wzmacniacze Eltrona i perkusje Polmuza niszczyły wszystko na drodze, posiadając w sobie tyle werwy i energii, że nie potrzebowały sprzętu wysokiej klasy, by ją wyrazić. Dzisiaj zespoły mają bezproblemowy dostęp do sprzętu muzycznego i nagraniowego, ale gdyby jeszcze posiadały choć troszkę tej energii, to byłoby pięknie…
Wracając do tematu. Abathor powstał w 1989 w Łodzi, a jego muzycy zakochani byli w thrash metalu. The Ultimate Cure jest tego świadectwem, dziesięć kompozycyji zawartych na albumie to manifestacja miłości do tej odmiany metalu nastoletnich wtedy chłopaków. Muzycy zdecydowanie stawiali na scenę amerykańską, na płycie słychać wyraźne nawiązania do Voivod (Thunder of War), wczesnej Metalliki (Soldiers of Destiny) czy nawet Testament. Nie obyło się też bez nawiązań do polskiego Kata, co akurat dziwić nie powinno w ogóle, bo jakby na to nie spojrzeć, był to wtedy najpotężniejszy thrashowy skład. Czytając wywiad zamieszczony we wkładce, dowiadujemy się, że studio, w którym album nagrano, pozbawiony był wzmacniaczy i muzycy wpięli swoje gitary bezpośrednio w stół mikserski. Rozwiązanie to tłumaczy specyficzny jazgot, jaki wytworzył się w partiach gitar, ale koniec końców ich sound mnie absolutnie nie zraził. Na pewno znajdą się osoby, którym ciężko będzie przez ten materiał przejść, lecz tak został zrealizowany i cały w tym jego urok. Jak na czasy i możliwości w jakich został poczęty uważam, że brzmi bardzo dobrze i nie odstaje od ówczesnej czołówki. Wiem natomiast za to, że zespołowi zabrakło trochę szczęścia i uporu, by zawalczyć ze swoją muzyką szerzej i poza występem na festiwalu Drrrama skład nie osiągnął zbyt wiele (nie licząc nagrań). Na pewno nie pomogła także koniunktura odwracająca się powoli od nowych thrash metalowych załóg na rzecz death metalu.
Czego by tu nie spekulować, należy stwierdzić jedną rzecz: The Ultimate Cure jest ciekawym, nieoczywistym przedstawicielem metalowej sceny sprzed ponad trzydziestu lat. Podczas, gdy wszyscy składają pokłony (ze mną włącznie) przed Imperatorem, Ghostem czy Merciless Death, Abathor jest interesującą propozycją pokazującą, iż obok dobrze wypromowanych w podziemiu nazw grały jeszcze te mniejsze, które robiły równie dużo zamętu co liderzy. Zarówno album, jak i rehearsal demo to nastoletnie, postkomunistyczne spojrzenie na scenę Bay Area, co samo w sobie czyni te materiały na wskroś wyjątkowymi.
- At the Gates – „The Ghost of a Future Dead” (2026) - 10 kwietnia 2026
- Huge – „Not a Handful of Stones but the Sound of My Soul” (2025) - 9 kwietnia 2026
- Immolation – „Descent” (2026) - 29 marca 2026
Tagi: 2024, Abathor, recenzja, review, The Ultimate Cure, thrash metal, Thrash/Death Metal, Thrashing Madness Prod.






