Site icon KVLT

Årabrot – „Norwegian Gothic” (2021)

Nie umiem pozbyć się wrażenia, że premierze Norwegian Gothic towarzyszy szum o wiele za mały, niż Årabrot na to zasługuje. W przypadku tego projektu gatunkowe szufladki zawsze w jakimś stopniu ograniczały to, na co słuchacz mógł się przygotować. Tak samo jest też w przypadku ich najnowszego albumu, który choć jest prawie na wskroś rockowy i na ogół hałaśliwy (co współgra z szufladką opatrzoną podpisem „noise rock”), ponownie zawiera sporo innych wpływów. Tym razem zespołowi wróżę, że uda im się uniknąć zarzutów o przekombinowanie, które tu i ówdzie pojawiały się przy okazji poprzednich wydawnictw.

Blisko dwie trzecie pozycji na Norwegian Gothic to świetne, chwytliwe numery, z których ciężko wybrać najlepszy, bo przy każdym odsłuchu uwagę zwraca inny. Album otwiera bardzo dobry, ciężkawy Carnival of Love, z zeppelinowym sznytem, a po nim następuje właściwie szereg mniejszych lub większych hitów. Poszczególne kawałki przyciągają ogólnym, zaraźliwym wigorem połączonym ze świetnymi, nośnymi melodiami (Hailstones For Rain, The Rule of Silence, (This Is) The Night, Hard Love), z dodatkiem absolutnie rewelacyjnych refrenów, które momentalnie wbijają się pod czaszkę i wiją sobie tam wygodne gniazdko. Kawałki takie jak Feel It On, The Lie czy The Crows zostaną z wami naprawdę na długo, lojalnie ostrzegam. Do tego dostajemy jeszcze mój ulubiony, cięższy od pozostałych (nie tracąc przy tym swojej przystępności) Kinks of the Heart, podczas którego najbardziej docenić można świetną robotę, którą w studio wykonał Jaime Gomez Arellano – potężnie brzmiąca perkusja w tym numerze mogłaby zatrząść stadionem w posadach, świetnie pracuje też gitara basowa, której brzmienie można autentycznie podziwiać przez całość Norwegian Gothic. Jest tu jeszcze miejsce na niespodziankę, jaką jest pięknie zaśpiewany przez Karin Park Hallucinational, który dzięki orkiestracji jest dosyć niespodziewanym odstępstwem od przesterowanych gitar, które do tej pory towarzyszą słuchaczowi.

Skoro poruszyłem już kwestię wokalu – nie będzie żadną kontrowersją, jeśli napiszę, że maniera wokalna Kjetila Nernesa (spokojnie można ją nazwać lekkim zawodzeniem) może od Årabrot odstraszyć, pamiętam swoje pierwsze spotkanie z tym zespołem i wiem, że przekonać się do niego nie było łatwo. Nie inaczej jest tutaj, jednak polecam przejść przez tę początkową fazę wątpliwości, gdyż przywyknąć jest bardzo łatwo. Ciężka jest to miłość (szczególnie podczas niektórych zwrotek), lecz jednak miłość. Przyłapałem się również na tym, że każdorazowo moje zainteresowanie Norwegian Gothic spadało po utworze Hard Love. Nie widzę w tym żadnego przypadku, poziom ostatnich numerów nieco odstaje od reszty i choć takie Hounds of Heaven jeszcze broni się dobrą melodią, tak Deadlock i przede wszystkim The Moon Is Dead nie mają zbyt wiele do zaoferowania i nie uroniłbym ani jednej łzy, gdyby duet pozostawił je w szufladzie.

Gdyby jednak nowy album Nernesa i Park nie wpadł w moje ręce, uroniłbym nie jedną a wiele więcej. Mimo tej średnio udanej końcówki oraz specyficznego wokalu lidera Årabrot , przy każdym odsłuchu bawię się przednio. Dziewiąty (a dziesiąty jeśli liczyć soundtrack Die Nibelungen) album formacji to jedna z lepszych pozycji w ich bogatej dyskografii. Ciężki, ciekawy, znakomicie brzmiący, nie stroniący od niespodzianek i przede wszystkim chwytliwy jak cholera – Norwegian Gothic ma wszelkie predyspozycje do jednego z lepszych krążków, które ujrzały światło dzienne w 2021 roku. A przy okazji ląduje też w topce dokonań tego zespołu. Dla fanów – absolutny must have, podobnie zresztą jak dla wszystkich lubiących szczere, rockowe granie.

Ocena: 9/10

Facebook zespołu

Exit mobile version