Site icon KVLT

Asgaard – „What If…” (2022)

Krążek What If… to siódmy album w dorobku grupy Asgaard, a jednocześnie nowe rozdanie. Reprezentanci Lewina Brzeskiego powracają po dekadzie studyjnego milczenia (ostatnia płyta Stairs to Nowhere ukazała się w 2012 roku), dokonując jednocześnie pewnej stylistycznej wolty. Elementy stricte metalowe odchodzą tu w cień, a formuła zmienia się na rockową, przepuszczoną lekko przez elektroniczny filtr, opartą na rozbudowanych strukturach, ciążącą ku melancholijnej, mrocznej atmosferze. Z blackmetalowych, symfonicznych dźwięków nie zostało prawie nic, ale Asgaard wciąż stawia na emocje i klimat. Najważniejszy zatem składnik pozostaje nietknięty, co pewnie nie zrazi starych, wiernych fanów, a może przyciągnie nowych. Kto lubi okrywa się woalem mroku, kto wpatrzony w gwieździste niebo, komu rześko w mglistej osnowie – ten odnajdzie się świetnie w towarzystwie Hetzera, Flumena i Quazarre’a. Ale od razu zaznaczam, że trzeba nastroić się na podobne odczuwanie – muzyczne i liryczne.

Przewijające się w notkach prasowych i recenzjach porównania do Amorphis, Moonspel, późnej Anathemy czy Katatonii są w przypadku What If… zasadne. Moje skojarzenia biegły zwłaszcza w kierunku Szwedów. Już w otwierającym album numerze Sisyphus chłodna, posępna rockowa nuta łączy się z elektroniką w sposób podobny do tego, który swego czasu pozwolił Katatonii zdefiniować swój styl na nowo. Nie umniejsza to jednak propozycji Asgaardu – kapela szuka własnego nowego szlaku, nie kopiuje, a co najwyżej lekko się inspiruje. Zmienia się logotyp na okładce, styl muzyczny, pojawiają się nawet teksty po polsku. Krążek wyda się zatem atrakcyjny wszystkim tym, którzy cenią w muzyce rockowej odrobinę melancholijnego zacięcia. Ale to też stąpanie po cienkim lodzie – nie każdemu te środki wyrazu będą odpowiada. Dla mnie na przykład zbyt wiele tu uniesień, patosu i wzniosłych metafor w tekstach. Rozumiem jednak prawa obranej stylistyki i wiem, że odnajdzie ona wielbicieli wśród wielu słuchaczy. Niektórzy „w sercu nieświata, pomiędzy światami” poczują się jak u siebie. To może po prostu nie być miejsce dla mnie.

Znajdziemy na What If… sporo nowych rozwiązań, choć propozycja Asgaardu nie jest całkowicie pozbawiona mocy gitarowych riffów, które niegdyś napędzały kompozycje zespołu. Bywa tu i metalowo – mocniejsze dźwięki są jednak świadomie podane z mniejszą werwą, w elektronicznej przyprawie oraz ze zmienionym podejściem do aranżacji i produkcji. Kołyszą nas te numery, niosąc niekoniecznie pełne ukojenia sny. Gdybym miał wskazać swojego faworyta, to byłby to dark wave’owy Not Ever Again, w którym oprócz nowych, z lekka industrialnych rozwiązań pobrzmiewają też stare patenty i gdzie słychać zabawy wokalem, a także mistyczną aurę.

Decydując się na nowe rozdanie, Asgaard z pewnością dotrze do nowego pokolenia słuchaczy, bez przymilania się do panujących trendów. Po ćwierćwieczu od swych narodzin zespół wraca z autorską wizją mrocznego, melancholijnego rockowego grania, która nawiązuje do klasyków stylu.

Ocena: 7/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Exit mobile version