Aterra to stołeczny kwintent, który na swoim koncie ma póki co jedynie debiutancki album „All Born in Pain”. Tytuł tego materiału można dwojako tłumaczyć. Jeżeli uwierzymy w to co zapewniają nas muzycy, iż grają thrash/deathcore należy przypuścić, że dostaniemy fajnie bujający materiał w klimatach zbliżonych do ulicznego NYHC z metalowym zacięciem. Jednak gdy zaufamy naszym zmysłom i dotrwamy do końca pierwszej płyty warszawiaków, możemy przyjąć założenie, że cały ten album stanowi narzędzie tortur do zadawania bólu wrogom. Z pewnością opowiadam się za drugą tezą.
Zacznijmy od plusów debiutu Aterra. Podoba mi się produkcja – naprawdę jest to jedna z niewielu zalet tego albumu, w związku z czym należą się gratulacje dla Mariusza Konika za niezłe brzmienie. Nie jest to nic nadzwyczajnego, ale po prostu dobrze się tego słucha pod kątem technicznym. Kolejny pozytywny aspekt tego wydawnictwa to niezłe momenty, za które odpowiada prawdopodobnie Aero czyli gość od sampli. Przyznam szczerze, że w takim „Awakening”, „Mourning” czy „Advent” pokusiłem się o powtórkę z rozrywki. Czy ktoś mi wytłumaczy tylko dlaczego największym atutem dziewiczego wydawnictwa, które ma wyrobić pozycję zespołu na scenie są (około)minutowe przerywniki ? Nie wiem o co chodzi, ale warto sparafrazować klasykę polskiego kina komediowego i „trochę was podregulować bo coś się chyba w głowach popierdoliło”.
Oczywiście ktoś powie, że szukam kolejnej dziury w dupie albo jak zwykle wybrzydzam. Jednak ciężko nie odnieść wrażenia iż oprócz elektronicznych wstawek, pozostałe numery są po prostu nudne i nijakie. W zasadzie ciężko tu mówić o jakiejkolwiek oryginalności, by nie wspomnieć o tym że to co gra Aterra, a to co prezentuje w rzeczywistości to dwa odmienne światy. Nie jestem wielkim znawcą muzyki (skromność), ale jeżeli ktoś chce mi wmówić, że zaserwowany tutaj (chyba) groove metal z miałkimi odwołaniami do melodyjnej odmiany muzyki hardcore, jest wypadkową takich gatunków jak thrash i death to niestety, ale muszę to nazwać zwykłą ściemą i brakiem podstawowej wiedzy o ciężkiej muzyce.
„All Born in Pain” okazuje się więc materiałem, podobnym do recenzowanego przeze mnie w zeszłym roku wydawnictwa Hypermass. Podobnie jak wtedy muzycy robią po swojemu a całość nazywają zupełnie inaczej. Dla mnie to czysta ściema, która naraża nasz cenny czas na stratę. Zwykle staram się unikać słabych płyt bo szkoda mi na nie życia i słuchu. Jednak ten nieśmieszny dowcip Panów z Aterra niestety zubożył moją egzystencję o kolejne 37 minut. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło – do elektronicznych występów Aero z chęcią wrócę, a problem z najgorszym materiałem usłyszanym w ubiegłym roku został rozwiązany. No i chuj no i cześć.
Ocena: 3/10
- Już niedługo koncert IMPALED NAZARENE w Krakowie - 25 lutego 2026
- Już niedługo WOLVENNEST wystąpi w Krakowie - 6 października 2025
- METAL KOMMANDO FEST VIII: znamy datę i pierwsze zespoły - 18 lipca 2025
Tagi: 2015, All Born in Pain, aterra, debiut, debut album, Extreme Metal, HZ, metal, metalcore, recenzja, review.







