Site icon KVLT

Azarath – „Saint Desecration” (2020)

Droga wiodąca paczkę zawierającą nowy krążek Azarath do mojego domu była nadspodziewanie kręta. Kolejne opóźnienia wysyłki zamówienia, zarówno te zapowiedziane, jak i to ostatnie niezapowiedziane, podnosiły tylko moje i tak wysokie ciśnienie – w końcu fanem Tczewian jestem od dawna, a promujące Saint Desecration utwory utwierdzały mnie w przekonaniu, że brak Marka Lechowskiego w szeregach zespołu nie musi skutkować obniżeniem jakości nowego materiału. Dlatego też dzień, w którym dane mi było rozerwać kopertę z nowym wydawnictwem Agonia Records przywitałem z wielką ulgą. Tym bardziej, że do mojej dosyć skromnej kolekcji dołączył album, który namiesza we wszelkich podsumowaniach feralnego roku 2020.

Przy okazji niedawnego występu Embrional w Katowicach pisałem, że ich twórczość silnie kojarzy mi się z początkowym okresem działalności Azarath. Nie wiem, czy właśnie to kierowało zespołem przy wyborze następcy Necrosodoma, ale niewątpliwie wybór był to bardzo dobry – Skullripper w zespole odnalazł się znakomicie, nagrywając ścieżki tak mocarne i jadowite, że mam nadzieję, iż ta współpraca potrwa jeszcze dużo dłużej. Czuć tu klimat pierwszych trzech albumów zespołu, i to nie tylko w kwestiach wokalnych, ale również i pod względem samej muzyki, która ze znakomitym efektem łączy bestialstwo pierwszych dokonań kapeli z bardziej przebojowymi Praise the Beast, Blasphemers’ Maledictions czy In Extremis. Echa tego tercetu najbardziej wybrzmiewają w zamykającym płytę Beyond the Gates of Burning Ghats, który stanowi najspokojniejszy, najbardziej klimatyczny numer na Saint Desecration. No i moim zdaniem jest to najlepszy z dziesięciu wałków wchodzących w skład podstawowej wersji albumu – cóż, jestem jednym z tych, którzy za Blasphemers’ Maledictions skoczyliby w ogień, piekielny oczywiście.

Przeważająca część nowego dzieła Azarath zostanie szczególnie ciepło przywitana przez tych, którzy kręcili nosem na ścieżkę, którą zespół zaczął podążać po wydaniu Diabolic Impious Evil. Jest zatem mniej chwytliwych melodii (choć nie znaczy to, że melodii tutaj nie ma), a więcej miażdżącej, ciężkiej death metalowej sieczki. Show kradnie oczywiście Inferno, który na perkusji jak zwykle przeskakuje poprzeczkę, którą sam zdążył sobie już bardzo wysoko zawiesić. Riffy często kruszą, a utwory są bogate aranżacyjnie i zawierają mnóstwo smaczków, w których wychwyceniu pomaga bardzo dobre brzmienie całości. Ponadto kapela sprawnie żongluje klimatem, manewrując pomiędzy współgrającą z piękną okładką autorstwa Marty Promińskiej posępnością (No Salvation, Beyond the Gates of Burning Ghats), delikatnie wzniosłą atmosferą wykreowaną chociażby w Reigning over the Death, a furiackimi eksplozjami, podczas których ci z was będący z zespołem od początku poczują się jak w domu.

W zasadzie ciężko mi jest do czegokolwiek na Saint Desecration się przyczepić. Zespół powraca w wielkim stylu i dostarcza krążek, który zaciera delikatny niedosyt pozostawiony przez In Extremis, przy okazji w dużej mierze rezygnując ze swoistej przebojowości swoich ostatnich dokonań. Jestem przekonany, że w końcoworocznych podsumowaniach nowe dziecko Barta, Inferno, Skullrippera i Petera zajdzie bardzo wysoko. Dla fanów polskiej ekstremy końcówka tego roku jest zdecydowanie więcej niż udana.

Ocena: 9/10

Azarath na Facebooku

Exit mobile version