Recenzja najnowszej płyty osławionej lub niesławnej (niepotrzebne skreślić) Batushki dopadła mnie w przededniu oficjalnej premiery. Od trzech tygodni uparcie słucham EPki Carju Niebiesnyj i wciąż nie wiem co o niej napisać. Czas jednak sprostać wyzwaniu.
Wydawać by się mogło, że niespełna pół godziny muzyki podzielonej na sześć pieśni od hordu Bartka Krysiuka nie ma potencjału na materiał kontrowersyjny. W końcu ustalona i mocno określona stylizacja zespołu, konkretne korzenie i studnia inspiracyjna nie dają niestety wielkiego pola do popisu. A jednak…
Ta płyta, choć oczywiście wciąż osadzona głęboko w prawosławnych kanonach, różni się bardzo od wszystkiego, do czego przyzwyczaił nas Bart. Jak do tej pory płyty Batushki były mniej lub bardziej bogatym ornamentem nad wejściem do prawosławnej Cerkwii. A w niej wiadomo – gęste od kadzideł powietrze, mocno stłumione światło, atmosfera modlitwy i skupienia, a gdzieś na końcu tego wszystkiego euforia wynikająca z głoszenia słowa i uwielbienia Pana, kimkolwiek by ten Pan nie był.
Tym razem jest podobnie, ale tylko co do zasady, z grubsza. Mini album otwierają modlitewne szepty i chóralne śpiewy, które już od pierwszych sekund budują taką atmosferę, że serce rośnie, a dusza się raduje. Posłuchajcie choćby Pisma Pierwszego lub Piątego. Coś fantastycznego. Ale jest jakby inaczej. Przyzwyczajony do bizantyjskiego bogactwa, które wręcz wylewa się z poprzednich wydawnictw, na Carju Niebiesnyj odnoszę wrażenie, że zamiast (jak to zwykle bywało) trafić do wielkiego i bogatego, przepełnionego kapiącymi złotem dziełami sztuki budynku, trafiliśmy pod strzechę. Co więcej, dodatkowym uwydatnieniem tego kierunku jest fakt, że w utworach pojawia się bałałajka czy buzuka, które bardziej nawet niż do miejsca kultu pasują do wiejskiej chaty. Na szczęście wszystko to w tej samej wschodniej wiosce. I na szczęście ta wersja modlitewnego klimatu też ma swój klimat, które pięknie obrazują Pisma 1, 3, 4 i 5 oraz zamykający całość monument numer 6.
Problem leży gdzie indziej, a konkretniej jest nim Pismo Drugie, utwór, którego pomimo wielokrotnego odsłuchu nie zrozumiałem ni w ząb. Tu dla odmiany mamy do czynienia z typowo blackową strukturą, która niestety nie ma na siebie pomysłu i jest takim trochę bezkształtnym tworem zlepionym z growlu, perkusji i ściany gitar. Co jakiś czas przebija się i tu co prawda głos Popa, ale nie zmienia to obrazu kawałka. Pismo Drugie nie pasuje tu w ogóle i koniec. Podobne inklinacje ma Pismo Trzecie, ale tu na szczęście wyłania się w końcu i linia melodyczna, i klimat, dla którego przede wszystkim sięgam po płyty Batushki.
I to te właśnie „półtorej” kawałka było przyczynkiem do tego, że do recenzji najnowszego dzieła piewców Prawdziwej Wiary jakoś nie mogłem się zabrać. Co więcej, utwór numer dwa jest dla mnie klasycznym przykładem, jak jednym ruchem ręki można zepsuć dobry album, jakim niewątpliwie pozostaje Carju Niebiesnyj.
Jakoś jednak trzeba podsumować EPkę Carju Niebiesnyj. Na pewno cieszy kontynuacja myśli przewodniej zespołu przy jednoczesnym zróżnicowaniu klimatu. Każda z wydanych dotychczas płyt smak ma ten sam, ale smaczek za każdym razem inny. Tu więc brawa. Całość jednak totalnie zmarnował kawałek drugi, który całą potęgę zaklętą w płycie położył jednym ruchem. Ech… A może by tak założyć, że tego utworu na płycie w ogóle nie ma? Wtedy ocena jest dużo prostsza!
Batushka na Facebooku
Batushka na Bandcamp
Batushka w Encyklopedii Metalu
Ocena: 8/10
- Mysthicon – „Bieśń” (2025) - 28 sierpnia 2025
- Sombre Figures – “Streams of Decay” (2021) - 15 lutego 2022
- Nigrum Tenebris – “I am the Serpent” (2021) - 14 lutego 2022
Tagi: 2021, Bart Krysiuk, Batushka, black metal, Carju Niebiesnyj, ep, Prawosławny black metal, recenzja, review, Witching Hour, Witching Hour Productions.






