Pierwsze wrażenie podobno jest najważniejsze, pierwsze kilkadziesiąt sekund i znamy daną osobę, rozpoznajemy daną sytuację, a przynajmniej ją wstępnie kojarzymy, przyporządkowując dane zdarzenie do znanego nam uprzednio schematu. Tyle domorosłej psychologii społecznej. A jak jest z muzyką? Dobrze, że to tak nie działa w jej przypadku. Pierwsze moje wrażenie względem Beansidhe Mónt było co prawda pozytywne, bo okładka zapowiadała… no właśnie. To jest ten wspomniany koszmar skojarzeń. Widząc ten sielski obrazek, jakim opatrzono album Mónt wyobraziłem sobie eteryczną muzę, pełną płynących melodii i sielskości wziętych z płyt Otyg, no ew. Katatonii.
Tymczasem nic bardziej mylnego. Na Mónt nie ma tu żadnej sielskości, jest za to konkretny black metal, który ponadto od samego początku jest dodatku całkiem konkretnie skomasowany, niemniej z dużą dozą niebanalnych melodii. Beansidhe Mónt to debiutancka płyta tej kapeli, chociaż oni sami anonsują ją w swoim info jako EP. Nieważne, wspomnę tylko, że czasowo to ponad 40 minut muzy. Kapela pochodzi ze Szwajcarii, a zatem kraju, który już nie raz zaskoczył innowacyjnością scenę metalową: Samael, Messiah, Coroner… Co prawda Beansidhe to kapela ze skromnym dorobkiem jednego demo i EPki, zatem można uznać, że dopiero kształtują swój styl. To w pewnym stopniu komfortowa sytuacja. Zarazem muszą jednak czymś zaskoczyć, wyróżnić się. Czy im się udało, to już sami osądźcie. Wg mnie są na dobrej drodze. Nawet jeśli czasem miałem skojarzenia z… Primodrial. Ale to skojarzenie podaję, wiedziony bardziej klimatem samej muzy niż strukturą poszczególnych utworów. Powiem krótko po prostu posłuchajcie tej płyty. Nie ma tu oczywistości, nachalnych inspiracji, nawet jeśli nie zaserwowano tu żadnej wirtuozerii, to i tak muzycznie ta płyta robi pozytywne wrażenie.
Wbrew okładce i tytułom, nie ma tu tanich uniesień, peanów nt. strumyków itp. głupot. Kapela anonsuje siebie jako grająca miks black i death metal. Niemniej wspominanego w notce od kapeli death metalu wiele tu nie dostrzegłem, chyba, że w pracy perki, która rzeczywiście jest konkretnie „wykorzystana”. Nie ma tu typowego umpa umpa, ale jest ona porządnie zaaranżowana. Do tego subtelne ślady klawiszy, które nie są często wykorzystywane i chwałą Szwajcarom za to, te kilkusekundowe akcenty na pewno bardziej zapadają w pamięć niż by były częściej wykorzystane. No i przy plusach wspomnę jeszcze growl, daleki od typowego blackowego skrzeku. Poza tym album Beansidhe to muza przepełniona nieustannymi zmianami tempa, udanymi aranżami, o pozbawionych banału i przewidywalności konstrukcjach. Co ciekawe, im dalej, tym na płycie pojawia się więcej … powietrza. Uprzednie wrażenie natłoku dźwięków ulega zatarciu a coraz więcej jest… ciszy. By w ostatnim utworze płynnie przejść w wyciszający trans. Zresztą posłuchajcie tych gitar w Diàvól! Jest moc!
Reasumując Mónt to udany i wart poznania album. A sama kapela Beansidhe ma na pewno jeszcze sporo do zaoferowania w przyszłości. Polecam sobie tę nazwę zanotować, jeszcze mogą ostro namieszać. Zaś ich najnowszy krążek jest z pewnością godny poznania, ba posiadania w fizycznej postaci – z nabyciem nie będzie problemu, bowiem wydała ich Via Nocturna. Zwolennicy klimatycznego blacku nie powinni być zawiedzeni.
Ocena: 8/10
http://beansidhe.bandcamp.com/

- Agathocles & Psychoneurosis – „War Fetisjists Kill / Grind Resurrection” (2018) - 18 czerwca 2018
- Bottom – „Epidemo” (2018) - 18 czerwca 2018
- Indignity – „Realm of Dissociation” (2017) - 8 marca 2018
Tagi: Beansidhe, Black, Coroner, Death, Diàvól, Katatonia, Messiah, Mónt, Otyg, Primodrial, samael, Szwajcaria, Via Nocturna.







