Blackbraid – „Blackbraid I” (2022)

Black metal od zawsze budził pierwotne, głęboko osadzone, wręcz plemienne instynkty, bez względu na kraj pochodzenia grających go zespołów. Jak się okazuje, kiedy do typowych dla gatunku, surowych, bezkompromisowych brzmień, dodamy mitologię i kulturę rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, może powstać prawdziwie intrygująca bomba z przyspieszonym zapłonem.

Jednoosobowy projekt Blackbraid pojawił się na moim horyzoncie dosłownie nagle. Bez zapowiedzi, bez ostrzeżenia. I z marszu wyróżnił się z legionu innych jednoosobowych black metalowych projektów. Pomysłodawca i mózg projektu, posługujący się indiańskim imieniem Sgah’gahsowáh (mimo że nie ma indiańskich korzeni), ogarnia tu wszystkie instrumenty, wokale i aranżacje, tworząc poza klasycznym metalowym sznytem niepowtarzalny klimat, na który składają się nawet takie detale, jak tytuły utworów. Otwierający The River of Time Flows Through Me przepełniony jest mistycyzmem, co black metalowe brzmienie tylko potęguje. To jakby trafić na miejsce mocy, z którego czerpiemy energię. A takich miejsc mocy na albumie Blackbraid I jest aż sześć. Wojowniczy hymn przywodzący na myśl plemiona Komanczów czy Mohawków wkraczających na wojenną ścieżkę działa na wyobraźnię. Są tu również momenty zaczerpnięcia oddechu w obozowisku, gdzie członkowie plemienia siedzą między wigwamami, przy ognisku, a duchy przodków czuwają nad nimi (utwór As The Creek Flows Softly By). Jest coś takiego w tej muzyce, że pomimo zachowania konwencji black metalu, da się wyczuć delikatną inność i odejście od sztampowych elementów. Po raz kolejny wśród premier płytowych na plus wyróżnia się okładka prezentująca ciekawe zestawienie indiańskich motywów z serii tych bardziej okultystycznych. Jest mistyczny krąg, są czaszki, tomahawki. Wszystko się zgadza i niesamowicie przyciąga uwagę. Kolejne utwory na płycie również trzymają poziom i brak wplecionych rytualnych zaśpiewów czy bębnów wcale nie przeszkadza w odbiorze muzyki. Słychać tu fascynacje Dissection, Watain czy nawet gdzieniegdzie Bathory. Mocarne zakończenie płyty to utwór Prying open The Jaws of Eternity, pyszna metalowa „modlitwa” przywołująca wszystkie składowe elementy dziedzictwa pierwszych mieszkańców amerykańskich prerii.

Debiut Blackbraid to bardzo interesujące zjawisko. Myślę, że nawet tym najbardziej wybrednym sprawi dużo przyjemności w słuchaniu. Z jednej strony mamy tu czerpanie z najlepszych wzorców, a z drugiej zetknięcie z fascynującą kulturą i jej mroczną, okultystyczną wersją. Wierzę, że ten projekt w najbliższym czasie przemieni się w pełnoprawny, koncertujący zespół i jeszcze niejednym zaskoczy. Dla mnie prawdziwa gratka!

Ocena: 8/10

Michał Drab
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , .