Bladestorm to w miarę nowa nazwa na polskim rynku. Przed debiutanckim albumem muzycy pod tym szyldem wypuścili jedynie Epkę Storm of Blades w 2021 roku, by w obecnym uderzyć calakiem noszącym tytuł Wrangler of Thunder. Znając odkrywkową politykę wydawniczą Thrashing Madness, byłem zdziwiony wyborem materiału premierowego. Jednak po zapoznaniu się z rodzajem muzyki granej przez Bladestorm, zdziwienie zostało zastąpione zrozumieniem – wszak głównodowodzący labelu heavy metalem i polską sceną nigdy nie gardził, więc w sumie dlaczego nie.
Patrząc na okładkę płyty i nie znając jeszcze jej zawartości spodziewałem się muzyki zbliżonej do Motorhead – pięciu motocyklistów z zaświatów (bo pięciu muzyków) z krukami i piorunami nad głowami musiało takie skojarzenia wywołać. Jednak po zapodaniu płyty do odtwarzacza skojarzenia te od razu zniknęły. Od pierwszych dźwięków utworu tytułowego nie ma wątpliwości, że muzycy zapatrzeni są w klasyczny heavy metal zakorzeniony w największych nazwach kanonu.
Utwory należą do szybszych, dwie stopy niemal nie schodzą tu z głównego planu, co może kojarzyć się z Manowar czy nawet wczesnego Iced Earth (choć nie da się ukryć, że Iced był zdecydowanie cięższy). Muzycy nie silą się na przesadne urozmaicanie utworów, które mają ciągnąć całość do przodu ku chwale bogów metalu i wydaje mi się to dobrym rozwiązaniem. Dynamika i szybkość pozwalają utrzymać słuchacza cały czas w „gotowości”, a okazjonalne zwolnienia urozmaicają na tyle, by płyta się nie nudziła. Poza tym (jak to na polskiej scenie niestety bywa) żeby móc zwolnić, trzeba mieć wokalistę, który potrafi zaśpiewać czysto i bezbłędnie. Bartek Koniuszewski wpasowuje się w repertuar dobrze ze swoją chrypą w stylu Grave Digger czy Running Wild, ale Bruce Dickinson to zdecydowanie nie jest i za częste zwolnienia mogłyby najnormalniej wprowadzić go w sferę dyskomfortu. Co prawda w zamykającym album coverze Manowar do Hail and Kill pokazuje się jako osoba, która wyszła z tego starcia obronną ręką, ale nie jestem pewien czy pociągnąłby taką barwą cały album.
W końcówce zwrócę jeszcze uwagę na bardzo fajny smaczek czyli gościnny udział byłego gitarzysty Sodom Andy’ego Bringsa, który zagrał zgrabne solo w I am the Beast. Zdobycie takiego nazwiska na debiutancki album to naprawdę fajna sprawa i radość dla muzyków i fanów, których myślę, że zespół będzie w miarę trwania kariery zdobywał coraz więcej. Wrangler of Thunder może nie jest albumem wybitnym, ale na pewno solidnym i w swojej wadze mocnym. Heavy metal bardzo łatwo spieprzyć, słyszałem dziesiątki kapel, które grając oklepane funkcje, robiły to w taki sposób, że odbijała mi się oranżada z pierwszej komunii. Bladestorm ma metal w żyłach i jeżeli przetrwa próbę czasu, to będzie się rozwijał, tworząc coraz lepsze krążki. Jest to muzyka, która na pewno świetnie się sprzedaje na żywo, ale na szczęście nadaje się także do słuchania w domu.
Ocena: 7/10
- At the Gates – „The Ghost of a Future Dead” (2026) - 10 kwietnia 2026
- Huge – „Not a Handful of Stones but the Sound of My Soul” (2025) - 9 kwietnia 2026
- Immolation – „Descent” (2026) - 29 marca 2026
Tagi: 2024, Bladestorm, Heavy Metal, power metal, recenzja, review, rock n' roll, Thrashing Madness Prod, Wrangler of Thunder.






