Blitzkrieg Baby – „Cannibal Commando” (2015)

Krótki wstęp zanim przejdziemy do faktów. Otóż recenzowany tu materiał próbowałem opisać kilkakrotnie, i to na różne sposoby. Miało być normalnie, miało być nienormalnie, miałem nawet pomysł zrobić „recenzję fabularyzowaną”, niemniej za każdym razem nie wiedziałem jak ubrać myśli w słowa. Ta, finalna (mam nadzieję) wersja powstała niejako w akcie frustracji na własne ograniczenia. Uznałem, że przemyślenia po prostu wyrzucę, bez większego układania. Układanki są dla psychopatów a odkąd przesłuchałem najnowszą EPkę Blitzkrieg Baby próbuję na każdym kroku udowodnić sobie, że psychopatą nie jestem.

Mamy tu do czynienia z czymś dla mnie nietypowym. Notka wydawnicza określiła twórczość Norwega Kima Sølve (i kilku innych w dalszym szeregu) jako Ultra Negative Industrial Pop, a ja jestem skłonny zgodzić się z ich wersją i nie modyfikować jej, jak mam w zwyczaju. Jak to brzmi? Ano, brzmi… naprawdę mrocznie. Może klaustrofobicznie. Ta muza dusi i niepokoi. Długo myślałem do czego ją porównać, i koniec końców stanęło na stylu Ordo Equilibrio (jeszcze za czasów bez Rosarius w nazwie), ale dużo mocniejszym, groźniejszym. Takiej z klimatem wyjętym z FVNERALS (możliwe, że nie znacie, bo projekt świeży, polecam odpalić na YT ich kawałek Vakna, kliknij Vaknę to sama się odpali), ale też nie do końca. Zarówno OE jak i FVNERALS bazują na emocjach, to pierwsze na chyba wszystkich związanych z miłością, to drugie głównie na smutku i przygnębieniu. Natomiast BB jest czystą psychopatią. Płyta jest nihilistyczna, w zasadzie łatwiej to nazwać dźwiękami niż muzyką. Wszystko jest tu strasznie sterylne i poukładane. Mamy nieśpieszną i zdawkową industrialną perkusję, mamy wokal bardziej szeptany i mówiony niż śpiewany, mamy minimalistyczne pseudomelodie składające się z może dwóch dźwięków na krzyż. Wprowadza słuchacza w dziwaczny stan i nie chce puścić. Niejako zaraża tą swoją psychopatią. Teksty traktujące o okrucieństwie i wszelkiej ludzkiej patologii działają dużo mocniej niż w przypadku grindu czy slamu. Dlatego właśnie, że są podane w tak zimny i obdarty z uczuć sposób. Brak tu ludzkości, jakiegokolwiek zabarwienia emocjonalnego.

Przerażający jest fakt, że to wciąga. Nie od razu i nie w całości, ale powoli. To trans, który na początku trudno zauważyć a potem jeszcze trudniej opuścić. Osobiście przyłapałem się na mimowolnym gibaniu się do tych dźwięków, na tym, że słowa wyszeptane przez słuchawki prosto do mojego ucha zaczynają mieć moc. Mogę się tylko cieszyć że płytka trwa niecałe 20 minut i nie zdążyłem całkowicie się tym zahipnotyzować. Choć z drugiej strony jestem bardzo ciekawy jak podziała na mnie dwugodzinna sesja takich dziwactw. I jestem prawie pewny że w niedługim czasie zapewnię sobie taką przygodę. Gdybyście odnotowali większą przerwę w mojej pisaninie to będę w psychiatryku.

Podobnie jak w przypadku recenzowanego jakiś czas temu Tetragrammacide mamy do czynienia z doświadczeniem fonicznym, nie muzyką w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie polecam Cannibal Commando osobom wrażliwym i nerwowym. Nie polecam ich też zwolennikom „tego co znamy i kochamy”. Za to z czystym sercem mogę ją polecić osobom takim, jak ja, wciąż poszukującym nowych rozwiązań i doznań.

Ocena: 8/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .