Blood Red Throne – ”Sillskin” (2025)

Pod koniec 2025 roku odbyła się premiera kolejnej płyty Blood Red Throne, zatytułowanej Sillskin. Jeżeli dobrze policzyłem, jest to już dwunasty pełniak w ich dyskografii, a drugi wypuszczony z logo Soulseller Records. Za moją recenzję jego poprzednika z 2024, Nonagon – w przeciwieństwie do innych opinii raczej negatywną – trochę mi się dostało. Do najnowszego dzieła Norwegów postanowiłem jednak podejść bez uprzedzeń i z czystym umysłem.

Na początek kilka wrażeń wizualnych. Okładka Sillskin i ogólnie cały artwork został stworzony przez człowieka, który odpowiadał również za graficzną warstwę Nonagon, czyli Giannisa Nakosa z Remedy Art Design. Od pierwszego spojrzenia widać, że obie okładki i wkładki stworzyła ta sama osoba. Niby się różnią, ale czy ja wiem, czy dostatecznie mocno? Jakoś mi to pachnie pójściem na łatwiznę i stagnacją. Podobne uczucia mam względem brzmienia. Wszystko jest na swoim miejscu i nie można się w teorii do niczego przyczepić, jednak nie różni się prawie niczym od płyty poprzedniej. Wiem, że mam od czynienia z tym samym zespołem, ale kiedy się nagrywa płyty z tak małą przerwą, jak w tym przypadku, to wydaje mi się, że trzeba dać ludziom jakieś urozmaicenie. Zatem jest ok, ale przesłuchanie obu albumów pod rząd mogłoby się skończyć nierozróżnieniem ich od siebie. Po marudzeniu o rzeczach mniej ważnych wbijam w sedno, muzykę.

Kompozycje nagrane na Sillskin nie rozpoczęły żadnej rewolucji w historii zespołu. Muzycy Blood Red Throne kroczą ścieżką wybraną przed laty, bez rozglądania się na boki. Ich death metal nadal utrzymuje umiarkowany charakter brutalności, techniki i nadal lawiruje między starą szkołą a nowszymi wstawkami. Jest to, można powiedzieć, dosyć bezpieczna półeczka i band się na niej wygodnie rozgościł. Szczerze przyznaję, że nówki słucha mi się dużo lepiej niż Nonagon. Płyta jest jakby trochę bardziej melodyjna, mocno dynamiczna i wpuszczająca nieco przestrzeni pomiędzy mięsistymi partiami. Dzięki temu kompozycje są bardziej chwytliwe i zapamiętywalne. Utwory są nadal ciężkie lecz posiadają więcej zacięcia w stronę deathmetalowych hitów. Ramię w ramię z urozmaiconym materiałem idzie wokalista Sindre Wathne Johnsen, który zrobił poważny krok naprzód w komponowaniu swoich partii. Wokale są gęste, równe i technicznie wbite, dużo się w nich dzieje. Wolę nieco brutalniejsze krzyki w death metalu, takie gdzie słychać, że gość daje z siebie maksa, aczkolwiek nie mogę nie docenić tym razem profesjonalizmu, jaki prezentuje Sindre.

Bardzo bym chciał dostać albumem po ryju, żebym z pokorą podkulił ogon po ostatniej, niskiej ocenie. Niestety po gębie nie dostałem. Sillskin daje radę, jest lepszy od Nonagon, ale jak dla mnie – za mało. Wiem, że zespół ma wielu maniaków i oni na pewno płytę pokochają. Ja, gość, który od czasu debiutu walił kupę w gacie z radości, słysząc death metal BRT, teraz nie jestem dostatecznie zadowolony z tego, co słyszę. Może zmieniłem się ja, może takie wypolerowane brzmienia jak na Sillskin już mi nie siedzą, może to we mnie tkwi problem, ale faktem jest, że jest kilka płyt zespołu, które kocham bezwarunkową miłością i liczę, że jeszcze będę miał szansę tę miłość poczuć. Dziś jest, jak jest.

Ocena: 6/10

Blood Red Throne na Facebook’u.

(Visited 1 times, 28 visits today)

Tagi: , , , , , .