Poprzednia płyta Borge Y jakoś mnie nie porwała, ale jej solidność i spójność wryły mi się głęboko i solidnie w pamięć. Dlatego jak tylko zobaczyłem okładkę zeszłorocznej nowości Temps Morts, od razu zaklepałem ją sobie do recenzji.
Już sam artwork wpada mi skutecznie w oko. Po zalatującej okultyzmem okładce Y, tu nasunął mi się na myśl industrialny charakter krążka. W ogóle to okładka może i nieco kiczowata, ale ja mógłbym mieć nawet taki plakat na ścianie.
Album, podobnie jak krążek poprzedni, wydany został nakładem Les Acteurs de l’Ombre Productions. Jest to także potężna kobyła, bo całość trwa prawie godzinę i piętnaście minut. Jak udało mi się przebrnąć przez te dziewięć niesamowicie długich kawałków?
Płyta zaczyna się genialną elektroniką, przywodzącą mi na myśl dokonania Theatre of Tragedy z czasów Musique czy Assembly. Po chwili do głosu dochodzi jednak coś na kształt harsch electro, które znam (choć pobieżnie) z dokonań takiego na przykład H.EXE. Z tą tylko różnicą, że muzyka Borgne jest nieco… spokojniejsza. Choć tylko podczas pierwszego utworu, gdyż The Swords of the Headless Angels to już bardzo solidny kawałek ostrej blackowej, ale wciąż industrialnej połajanki. Blastująca perkusja, mocno przesterowane, ale nieco przytłumione gitary i metaliczny growl malują na mojej twarzy wyraz lekkiego zdumienia. Utwór kolejny ani na moment nie zwalnia tempa i nie wypuszcza z mocnego uścisku. Fajne w tej muzyce jest to, że pomimo bezdusznej metalicznej połajanki jest tu miejsce na przestrzeń i jednak przyswajalną melodykę. Near the Bottomless Precipice I Stand to znów konkretne osiem minut ostrego napierdalania. Pierwsza połowa całości zamyka się zaskakującą klimatyczną balladą I Drown My Eyes into the Broken Mirror, taką oczywiście w specyficznym tego słowa znaczeniu, pasującą do Temps Morts. Po tej chwili oddechu zespół uderza ze swoją nominalną siłą. Utwory numer sześć (pomimo delikatnego zakończenia), siedem (choć tempo When the Crown is Hidden jest nieco wolniejsze i kończy się równie delikatnie) to petardy z bardzo krótkim lontem. Klimat na Even if the Devil Sings into My Ears Again staje się jeszcze bardziej industrialny, a przez nieco wolniejsze i tantryczne tempo znów przypomina mi dokonania Theatre of Tragedy. Pointą albumu jest najdłuższy (bo ponad czternastominutowy) utwór Everything is Blurry Now. Ten numer Szwajcarzy zaczynają delikatnie, by po dwóch minutach nadać mu mocy i potęgi. Tempo może nie zabija, ale potęga muzyki już tak. Przestrzenne klawisze, dosadna sekcja rytmiczna i przesterowana gitara są solidnym fundamentem dla jeszcze solidniejszego growlu. Ależ ten kawałek wibruje w bębenkach! Ze zdziwieniem zauważyłem, że około dziewiątej minuty utwór zmienia się w klimatyczne industrialne outro, które byłoby fajne, gdyby trwało dwie zamiast prawie sześciu minut. Na koniec muzycy chyba jednak nieco przegięli. A tak było pięknie.
Temps Morts to nie jest album dla każdego. Natomiast zdecydowanie jest to krążek dla mnie. I choć znów nie potrafił mnie porwać za serce, to doceniam kunszt i nie mogę wyjść z podziwu nad tym wydawnictwem. Najnowsza odsłona Borge z pewnością będzie częstym gościem w moim odtwarzaczu.
Borgne na Fecebooku
Borgne na Bandcamp
Borgne w Encyklopedii Metalu
Ocena: 8/10
- Mysthicon – „Bieśń” (2025) - 28 sierpnia 2025
- Sombre Figures – “Streams of Decay” (2021) - 15 lutego 2022
- Nigrum Tenebris – “I am the Serpent” (2021) - 14 lutego 2022
Tagi: 2021, black metal, Borgne, industrial metal, Les Acteurs de l'Ombre Productions, recenzja, review, Temps Morts.






