Brouillard – Brouillard (IV) (2019)

Jeśli śledzicie kvltowy dział z recenzjami, to zetknęliście się już z powyższym tytułem. Niezorientowanym śpieszę donieść, że nie nastąpiła pomyłka. Francuska artystka o pseudonimie Brouillard zwykła nazywać tym słowem całą swą twórczość, od płyt po poszczególne utwory. Bez dodatków, bez liczbowych oznaczeń, bez żadnych odnośników. Płyta, która właśnie kręci się w moim odtwarzaczu jest jej czwartym dziełem pod tym szyldem i kolejnym krokiem w zatopiony we mgle, niezwykle klimatyczny black metal.

Kiedy piszę te słowa, nad Polską panują tropikalne upały, z którymi trudno sobie poradzić. Jednym ze sposobów może być ten album, który jest jak rodzący się w leśnych odmętach chłód, stopniowo zamieniający się w nuklearną zimę. Spokojne, leniwe wręcz, tremolowe riffy otwierające płytę przeszywają do szpiku kości, a dalsza część utworu to właściwie kwintesencja stylu Brouillard – smutek i melancholia, mróz i noc. Czasem wyłoni się szczątkowa melodyka, z wyraźnym, francuskim charakterem, która pozwoli umiejscowić dzieło w miejscu i czasie, ale trzeba przyznać, że to tylko jeden z kierunków, bo album jest stanowczo kosmopolityczny. Gęstość riffów na tle niemożliwie szybkiej perkusji w drugim numerze rośnie właściwie wykładniczo, a gdy wchodzi wokal, przy którym każdemu stanie włos na grzbiecie to już mamy black ponad podziałami. Jest skandynawski mróz, francuska transcendencja, brytyjski smutek, amerykański szał i równoważące, ambientowe plamy, ale utwór nie jest zwykłą sumą inspiracji. To jest odrębny byt, gatunkowy praojciec, który wyciąga ramiona by przygarnąć na nowo wszystkie swoje bękarty. W środkowych partiach tego kilkunastominutowego kolosa mamy już bezbrzeżny smutek, podany za pomocą riffu Celtic Frost, hołdujący brytyjskiej zimnej fali. Nie wiem jak Brouillard to zrobiła, ale całościowy efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania. W podobne tony uderza utwór trzeci, nacechowany złem i doom metalową, brytyjską melancholią. Partie pozbawione rytmu to nic innego jak Joy Division czy Bauhaus, przetransponowane na czarny grunt, a emocje jakie towarzyszą muzyce są pozbawione najmniejszego pierwiastka optymizmu. Czwarty utwór sprowadza słuchacza na ziemię, i mimo swojej złożoności, stoi najbliżej programowych założeń twórczości artystki. Nazwanie go kobiecą odpowiedzią na klasyczny Burzum byłoby obrazą, ale jestem w stanie zrozumieć takie postrzeganie. U Brouillard jest więcej niezwykłej lekkości, ale też więcej dźwiękowej nawałnicy. Ta kobieta potrafi największe chamstwo podać tak wykwitnie, że mimowolnie obliżemy talerz i nieśmiało poprosimy o dokładkę.

Szkoda tylko, że ta płyta nic nie zmieni. Ani ta, ani żadna z poprzednich. Nie staną się wzorem, wyznacznikiem, punktem odniesienia, nie będą nawet postrzegane jako ciekawe, nieszablonowe i warte poznania dzieła atmosferycznej odmiany black metalu. Usłyszy o nich zaledwie garstka osób na całym świecie, a Brouillard nigdy nie wyjdzie z najgłębszego podziemia, bo wcale tego nie chce. Może to postawa z dzisiejszej perspektywy niezrozumiała, ale godna najwyższego szacunku. Kto będzie drążył, ten wykopie sam. I zatrzyma dla siebie jak najcenniejszy skarb.

Ocena: 9/10

 

Rafał Chmura
Latest posts by Rafał Chmura (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .