Death SS – Rock’n’roll Armageddon (2018)

Większość tekstów dotyczących tego zespołu rozpoczyna się od wyjaśnienia pochodzenia liter „ss” w nazwie. Grupa bynajmniej nie ma nic wspólnego ani z faszyzmem, ani z Trzecią Rzeszą, a owe litery to nic innego jak inicjały Steve’a Sylvestera – wokalisty i lidera, który dowodzi swoim zespołem już ponad czterdzieści lat.

Włoska legenda demonicznego, heavy metalowego teatru starymi nagraniami wpisała się na stałe w annały ciężkiej muzyki, chociaż dziś nikt już o tym nie chce pamiętać. Nazywani włoskim Mercyful Fate (mimo, że starsi) przesuwali granice heavy metalowego prymitywizmu idąc mocno w okultyzm i serwując diaboliczne misterium grozy. Przez lata poszli w kierunku rocka industrialnego, by dziś grać po prostu mocne, przepełnione atmosferą strachu piosenki.

No właśnie, piosenki. Wiele osób ciągle boi się tego słowa jak diabeł święconej wody, ale bądźmy szczerzy – stylistyka grupy najlepiej sprawdza się właśnie w zwykłych piosenkach o klasycznym układzie. Death SS wcale się z tym nie kryje. Idzie w groteskę, sztampę, makabryczną tandetę i układa muzykę w zwyczajne ramy zwrotka-refren, nie unikając melodii, do których uśmiechnie się każdy, a najszerzej fani wszelkich, głównie pop-rockowych ejtisów. Dziewiąta płyta Włochów rozpoczyna się niczym cmentarne misterium, od organowego wprowadzenia, która zamienia się w melodyjną, walcowatą kołysankę dla niegrzecznych dzieci, które nie chcą spać. Muzycznie najbliżej temu do legendarnego, japońskiego Seikima-II, a im więcej weselszych melodii, tym bardziej demonicznie. Dowodem tego może być chociażby rozbujany na hard rockową modłę utwór tytułowy, czy pachnący Kingiem Diamondem Slaughterhouse. Ale już taki Hellish Knights to nic innego, jak zapomniany, popowy szlagier z 1986 roku z całym dobrodziejstwem inwentarza, oczywiście podany w nowoczesnej, heavy metalowej oprawie. Prawdziwym ciosem jest natomiast Creature Of The Night, który rozpoczyna się jak numer Depeche Mode, by zamienić się w starą piosenkę Kiss, którą na nowo nagrał Ghost. Jest tu wszystko – mroczny teatrzyk, tona patosu, pretensjonalne melodie, solówka od szablonu i niski, przepełniony źle rozumianym gotykiem wokal, a jednak numer niesamowicie niesie i jest jednym z absolutnie najmocniejszych punktów albumu. Madness Of Love mogłoby być piosenką ukradzioną chłopakom z The Mission, ale Włosi nie byliby sobą, gdyby nie przefiltrowali jej przez swoje chore umysły. Witches’ Dance również można określić jako lustro, w którym odbija się cała wielkość Death SS. To Marylin Manson sprowadzony do poziomu kabaretu, ale jest to kabaret absolutnie najwyższej próby.

Mało jest zespołów, które tak mocno tkwiłyby w swojej bańce, ze świadomością, że ta bańka jest cholernie niebezpieczna. Potrafią przedefiniować na swoją stylistykę absolutnie wszystko i tchnąć w oklepane melodie mnóstwo życia. Nie będzie to nowa jakość, ale po prostu produkt opatrzony logiem Death SS – szalonych scenarzystów teatru absurdu, których albo będziemy kochać po kres dni, albo nie dotkniemy kijem przez szmatę.

Ocena: 9/10

 

Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , , , , .