Przejdź do treści

DEATH BEFORE DISHONOR – „True Till Death” (2002/2025)

247

Jakiś czas temu otrzymałem paczkę zawierającą nowości wydawnicze rodzimej wytwórni Spook Records. Newsy od Spooka zawsze cieszą, jest to wytwórnia, która swoje tytuły wybiera według swojego gustu, stawiając na jakość, a nie ilość. Owocuje to kilkoma, ewentualnie kilkunastoma premierami w roku, które z dużym prawdopodobieństwem mają szansę przypaść mi do gustu. Na pierwszy rzut poszła największa perełka z nowej partii – wznowienie debiutanckiej płyty bostońskiej załogi Death Before Dishonor, noszącej tytuł True Till Death. Album oryginalnie wydano w 2002 roku nakładem Spook City Records (zbieżność nazw wytwórni pewnie niezbyt przypadkowa). Jako bonus dodane zostało legendarne demo Wartime z 2001 roku. Uważam za spory sukces wywalczenie licencji wydawniczej tego albumu przez Spook Records. Płyta pierwotnie została wznowiona w Stanach Zjednoczonych za sprawą Fast Break! Records w 2023, by uczcić dwudziestolecie od oryginalnej premiery. Po dwóch latach mamy okazję bez wysiłku zamówić tę pozycję w kraju, a że wcześniej materiał nie był przesadnie łatwy do znalezienia (demo było tematem jeszcze rzadszym), to jest to fajne udogodnienie.

Death Before Dishonor powstało w czasach, gdy scena uprawiająca klasyczny hardcore była w USA w zdecydowanym odwrocie. Powoli zaczynały pojawiać się kapele uprawiające metalcore, we fryzurach z grzywkami na bok, a ten tradycyjny, twardy HC zszedł do podziemia. Muzycy DBD z uporem godnym podziwu postawili wszystko na jedną kartę, nagrali demo Wartime i ruszyli w kraj z koncertami, by walczyć o ponowne odrodzenie gatunku. To między innymi ich upór sprawił, że w latach 00. i późniejszych gatunek zaczął się odradzać. Wraz z nimi kapele takie jak Full Blown Chaos, Shattered Realm, Terror, First Blood czy Hatebreed zaczęły rosnąć w siłę i odbudowywać scenę.
W takich to niezbyt przychylnych warunkach załoganci stworzyli demo i debiut, których mogę teraz słuchać ze srebrnego krążka i opisywać. Styl Death Before Dishonor w tamtych czasach był bardzo surowy. Zbudowany na kręgosłupie starej szkoły w stylu Agnostic Front, Madball czy Merauder wpuścił nową energię i brutalność jakiej jeszcze do tej pory HC nie znał. Materiały znajdujące się na wznowieniu to wybuch bezkompromisowej agresji, prostolinijnego ataku ciężarem i skrajnie prawdziwym, zakorzenionym w scenie przekazem. Nie znajdziecie tu melodyjek czy innych słodyczy, DBD od samego początku był surowy jak Twój stary, gdy złapał Cię na podbieraniu mu kasy z portfela. Przez lata styl zespołu, sposób aranżu i samej świadomości twórczej znacznie się rozwinął, ale nie wiem, czy kiedykolwiek później udało mu się uderzyć z taką skutecznością.

Dla fanów hardcore’a reedycja True Till Death/Wartime to jazda obowiązkowa, tu nie ma żadnych wątpliwości. Natomiast metalowcy, którzy puszczają okazjonalnie oczko do HC muszą ten matex sprawdzić i ocenić według swojego gustu, bo nie jest to taki „ładny”, wyprodukowany za tysiące dolców album, jak ostatnie dokonania Jasty i Hatebreed, tylko surowy cios na pysk, na który nie każdy może być gotowy.

(Visited 1 times, 1 visits today)