Już dawno wszyscy się oswoiliśmy z faktem, iż Iron Maiden z Bruce’em Dickinsonem regularnie nagrywa płyty i jeździ w trasy. Pamiętam dobrze, jak wielkie było zapotrzebowanie na powrót najlepszego wokalisty Maiden do macierzy, ale dziś emocje zdecydowanie opadły, a fani się przyzwyczaili. Ze względu na reunion Bruce zarzucił udaną karierę solową i, jak się okazuje, popyt na tę sztukę po cichu narastał gdzieś w podświadomości metalowców, bo głośno się o tym nie mówiło, ale kiedy już świat obiegła wiadomość o premierze nowego solo, zatrzęsło się wszędzie. Czekaliśmy na ten moment niemal dwadzieścia lat i oto 1 marca dostaniemy nowy krążek zatytułowany „The Mandrake Project„, który wydany zostanie przez BMG. Należę do niewielu szczęściarzy, którzy mieli okazję przesłuchać album przedpremierowo i powiem Wam szczerze, że długo tak uważnie nie przygotowywałem się do napisania tekstu. Wiele emocji wiązało się z informacją o nagraniach, z premierami singli i ostatecznie z odsłuchem płyty. Nie mogłem pozwolić, żeby podnieta czy inne chwilowe uczucia miały wpływ na ocenę, ten album jest za „duży”, by na to pozwolić, więc poznawanie krążka rozłożyłem niemal na dwa tygodnie częstych przesłuchań, czasami nawet dwa razy pod rząd i jestem zdania, że się opłaciło.
„The Mandrake Project” po lepszym poznaniu okazał się płytą wielowarstwową, odkrywającą swe walory z każdym nowym słuchaniem. Utwory, które w pierwszym kontakcie wydają się przebojowe i wpadające szybko w ucho, odsłaniały karty stopniowo, ujawniając nowe smaczki, których na początku nie wyłapywałem. Jest to wielka zaleta i atrybut, który pozwoli płycie zostać w świadomości ludzi na długo, u wielu na zawsze. Mam takie wewnętrzne przeczucie, iż ten krążek stanie się klasykiem, o co dzisiaj coraz ciężej, bo jakby nie patrzeć, to co najlepsze, zostało już zagrane i metal skończył się po Kill’em All.
Bruce płytę stworzył kolejny raz z wieloletnim partnerem produkcyjnym Royem Z, który wziął na barki także partie gitar i basu. Dzięki temu nowa płyta stała się swego rodzaju kontynuacją muzyczną poprzedniej – „Tyranny of Souls” (2005). Projekt Mandrake brzmi mocno, soczyście i witalnie. Tam, gdzie ma być surowo, riffy wbijają w glebę, a gdzie pojawia się przestrzeń, czujemy ją wyraźnie. Na poziomie produkcyjnym nie ma słabych punktów i jak dla mnie album zawstydza wszystko, co Iron Maiden nagrał po „Brave New World„. Jeżeli znacie single „Afterglow of Ragnarok” i „Rain of the Graves„, to możecie mieć już mały pogląd o klimacie całości. Uważam, że świetnie prezentują one zawartość krążka – są długie, rozbudowane i operują na sporej ilości emocji. Jednak są to nadal tylko dwie miniatury wyrwane ze zbitego konceptualnego albumu, który spójny jest nie tylko tekstowo. Również muzycznie chce coś opowiedzieć, a zobrazowano to różnymi kompozycjami: szybkimi, miarowymi i wolnymi. Jest ich dziesięć, ale tyle się w nich dzieje, że ma się uczucie, iż jest tego więcej, a krążek w ogóle się nie nudzi. Generalizując, uważam, że najłatwiej będzie nazwać tę muzykę hard rockiem. Słyszę tu dużo nawiązań do Black Sabbath okresu Dio, sporo prog rocka, sporo typowego, lekko topornego riffowania w stylu choćby Skid Row, i wszystkie te elementy pasują do siebie idealnie. Jest tu miejsce na konkrety w postaci „Mistress of Mercy„, który zbudowany jest na patentach rodem z „The Accident of the Birth„. Jest miejsce na refleksje i podniosły klimat w świetnym i zarazem moim ulubionym „Shadow of the Gods„. Jest miejsce na ciężar, na akustyki, na pianino, smyki czy syntezatorowe trąby, dodające siarczystego patosu jak w najlepszych filmowych ścieżkach dźwiękowych. Nad wszystkim tym dominuje mocny, pewny wokal Dickinsona, który po wygranej walce z rakiem i – jakby nie patrzeć – w podeszłym wieku nagrał partie najnormalniej zajebiste i konkurujące z tymi z klasyków. Jak nie mogę słuchać jego maniery na ostatnich dokonaniach Dziewicy, tak „The Mandrake Project” połykam bez popity. Ostatecznie jest to też płyta, dzięki której zapragnąłem wrócić do długo niesłuchanych, starych płyt solowych, by je sobie przypomnieć i móc poobcować z równie dobrymi sztukami.
Mówię Wam już dziś, nowy album Bruce’a Dickinsona namiesza bardzo mocno na metalowym rynku w 2024 roku. Będzie to często wymieniany w podsumowaniach tytuł, a ostatecznie będzie to też jedna z lepszych pozycji w solowej dyskografii artysty. Premiera singla „Afterglow of Ragnrarok” spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem i w moim uznaniu tak samo przyjęta zostanie całość. Zapamiętajcie me słowa, bo długo nie byłem czegoś tak pewien. Mój gust często rozmija się z gustami ogółu, ale tu jestem pewien – Dickinson solo nie pozwoli malkontentom się popisać i zamknie usta nawet tym najwybredniejszym. Panie i Panowie, mam wręcz uczucie, że możemy mieć do czynienia z albumem roku 2024.
Ocena:10/10
- Sepulchral – „Beneath the Shroud” (2025) - 22 kwietnia 2026
- Guerra Total – „Of Death’s Apotheosis… Cthulhu’s Call and the Terror of the Cosmic Unknown” (2025) - 19 kwietnia 2026
- At the Gates – „The Ghost of a Future Dead” (2026) - 10 kwietnia 2026
Tagi: Bruce Dickinson, BRUCE DICKINSON The Mandrake Projec, Hard Rock, Heavy Metal, recenzja, review, solowa płyta BRUCE DICKINSON.







