Prawdopodobnie najważniejszą rzeczą jaką mam do powiedzenia o nowym albumie Cult of Luna jest to, że nie wierzę, że trwa on prawie osiemdziesiąt minut. Są takie płyty, które mają dziwną zdolność zakrzywiania czasu i A Dawn to Fear jest właśnie jednym z nich – przy czym jest to komplement, bo takie zakrzywienie czasu może oczywiście działać w obie strony. W moim przypadku ten album zlatuje jednak błyskawicznie, chociaż nie jest ani tak przystępny jak nagrany z Julie Christmas Mariner ani tak bogaty jak Vertikal. Jest za to wyjątkowo spójny, jeśli chodzi o klimat, jaki kreuje, a ten jest ponury, gęsty jak smoła i trzyma za gardło od pierwszej do ostatniej minuty.
A Dawn to Fear również po raz kolejny przypomina, dlaczego Cult of Luna jest dla mnie jednym z ważniejszych metalowych zespołów. W jakiś sposób Szwedom udaje się unikać oczywistej muzycznej szufladki, jednocześnie w zgrabny sposób łącząc najprzeróżniejsze gatunki, często w ramach jednej kompozycji.
Rewelacyjny, rozbudowany The Silent Man, bawiący się zmianami tempa Nightwalkers, czy miażdżący Lay Your Head to Rest to esencja ich stylu, gdzie wzniosłość wcale nie oznacza sztucznego patosu, a ciężar sludge’owego brzmienia nie wyklucza melodyjności. Wszystko się tutaj dopełnia, dokądś prowadzi i czemuś służy, nic nie sprawia wrażenia wymuszonego i dodanego na siłę, co przy rozbudowanych, dziesięciominutowych kompozycjach naprawdę imponuje. Momentami Szwedzi nieco zwalniają w spokojniejszych momentach, jak w pięknym We Feel the End czy utworze tytułowym. Ten spokój jest jednak powierzchowny, bo pod spodem jest albo przejmujący smutek albo podskórny lęk. A gdyby tego wszystkiego było mało, to jest jeszcze cudny Lights on the Hill, skręcający mocniej w doomowe rejony, melancholijny a zarazem czarujący melodią.
Ciężko mi znaleźć jakieś większe minusy, a szukałem całkiem uważnie, bo gdzieś tam z tyłu głowy mam świadomość, że nie jest to album bezbłędny. Tym samym, po wielokrotnym katowaniu A Dawn to Fear, doszedłem do wniosku, że jedynie zakończenie w postaci The Fall nieco rozczarowuje, bo spodziewać należałoby się, że taki album zakończony będzie jakąś dźwiękową i emocjonalną bombą. Tymczasem The Fall jest „zaledwie” dobry, a tym samym zostawia z dziwnym poczuciem, że to co było na płycie najlepsze, już się wydarzyło.
Na pewno znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że to wszystko, co Cult of Luna wrzucili na A Dawn to Fear już było, zespół nie poszedł do przodu i nie podjął ryzyka – pewnie nawet będą mieli rację. Niemniej jednak mam wrażenie, że kiedy potrafi się nakreślić tak przejmujący i klimatyczny muzyczny pejzaż, to nie ma potrzeby już ani dokądkolwiek iść, ani czegokolwiek udowadniać. Skoro wszystko już tu jest, to czego więcej szukać?
Ocena: 9/10
- TVINNA – „One in the Dark” (2021) - 1 marca 2021
- Ols – „Widma” (2020) - 29 kwietnia 2020
- Oranssi Pazuzu – „Mestarin kynsi” (2020) - 16 kwietnia 2020
Tagi: a dawnt to fear, Atmospheric Sludge Metal, Cult Of Luna, Metal Bladd Records, post meta, sludge metal, swedish.






