Darzamat – „A Philosopher at the End of the Universe” (2020)

darzamat
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Wyjaśnijmy sobie jedno na samym początku – Darzamat w swojej karierze mieli świetne momenty i stanęli nawet kilkakrotnie na progu jakiejś tam małej międzynarodowej kariery, ale wiodącą siłą w polskim metalu nigdy nie byli. Ale też uczciwie dodajmy – nigdy nie zeszli poniżej wysokiego poziomu i ich zniknięcie z rodzimej sceny pozostawiło nieoczekiwanie dziurę, której w gruncie rzeczy nikomu nie udało się zapchać. W końcu po jedenastu latach, w tym parszywym 2020 roku, ekipa Nery i Flaurosa powróciła z nowym krążkiem A Philosopher at the End of the Universe. Nie wierzyłem w ten powrót ani sekundy, pachniało mi to strasznie próbą przywołania starych sentymentów, a swoje też pewnie zrobiły wszystkie żałosne kapele z jeszcze gorszymi wokalistkami, które od czasu poprzedniego albumu Darzamat próbowały podjąć wątek. Muszę jednak posypać głowę popiołem – A Philosopher… to album zdecydowanie udany, podkreślający wciąż olbrzymie możliwości Darzamat.

A Philosopher ath the End of the Universe został przez Flaurosa, głównodowodzącego Darzamat, pomyślany jako album totalny. Muzyce opartej na lirycznym koncepcie towarzyszy nawet fragment „klasycznej gotyckiej powieści” autorstwa samego Flaurosa oraz Jesiona Kowala. Doceniam holistyczne podejście do twórczości, ale nie mogę o nim wiele napisać – o powieści i koncepcie liryczno-filozoficznym wiem jedynie z informacji prasowej dołączonej do plików. Załóżmy jednak, że – zdaje się wbrew idei – głównym daniem jest tu muzyka i porozmawiajmy o zawartości krążka.

Zanim jeszcze zespół rozpędzi się na płycie (a o tym za chwilę) będzie wam dane zwrócić uwagę na świetne brzmienie. Zaryzykuję, że w słabszych momentach albumu to właśnie dźwięk jest głównym bohaterem. Darzamat brzmi współcześnie i odważnie, znajdując świetny balans między klasycznymi momentami spoglądania w kierunku ekstremalnego atmosferycznego metalu, a lekkim przechyłem w stronę bardziej komercyjnych form. Dźwięk jest pełny i czysty, ze znakomicie wyprodukowanymi bębnami i gitarami, które prowadzą słuchacza niemal za rękę. Co ciekawe, z muzyki zniknęły kompletnie klawisze, wcześniej zawsze bardzo wyraźne. Darzamat jednak radzi sobie doskonale bez nich, budując atmosferę albumu wyłącznie klasycznie rockowym instrumentarium i aranżacjami. To, że zabrakło jednego instrumentu, nie sprawiło, że oblicze zespołu się jakoś spektakularnie zmieniło. Zarówno Nera, jak i Flauros brzmią jak oni, fani bez wątpienia będą zadowoleni, a są to przecież bardzo sprawni i charakterystyczni wokaliści. Całość jest ładna, bez spieszenia się, bez prób imponowania najprostszymi metodami. Czuć, że toczy się tutaj pewna opowieść, nawet jeśli jest ona pełna zakrętów i nie zawsze trzyma w napięciu. I tutaj wracamy do rozpędzania się Darzamat na A Philosopher at the End of the Universe: odniosłem wrażenie, że pełen kształt Darzamat AD 2020 uzyskują dopiero na trzecim regularnym utworze (wyłączywszy intro) – Thoughts to Weigh on Farewell Day. To dopiero tutaj, po ciekawym, ale nieco zachowawczym utworze tytułowym i słabszym, bardziej gotyckim Running in the Dark grupa rozwija skrzydła. Oczywiście mamy tu wszędzie yin i yang. Tam, gdzie zespół skłania się ku bardziej przystępnym i komercyjnym tworom z okolic atmosferycznego metalu, jak we wspomnianym Running in the Dark czy Clouds, Clouds, Darkening All wszystko równoważy Flauros. Są to jednocześnie moim zdaniem nieco słabsze fragmenty na albumie, jakby grupie służyło jednak brnięcie w większą ekstremę. I właśnie: tam, gdzie grupa ciągnie w bardziej ekstremalne tony (Thoughts to Weigh… lub The Great Blaze) świetną robotę w wygładzaniu szorstkości robi Nera i jej melodyjne, jak zawsze świetnie wykonane partie. W moim odczuciu idealnym obrazem tego balansowania na linie jest The Sleeping Prophet, w którym znajdziecie po trochu wszystkiego.

W tak wyważonym albumie trudno jest doszukać się powrotu na siłę. Nie ma tu tanich zagrań pod publiczkę, nie jest to powrót w stylu „potrzymaj mi piwo”. Darzamat nigdzie się tu nie spieszą i raczej nie szukają taniego przyklasku. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że mimo tego jest to album przystępny, pełen po prostu przyjemnych momentów, dynamicznych przeskoków i zwyczajnie ładnych, a czasami pełnych ognia melodii. Po prostu dopieszczony. Grupa nie zaimponuje tym razem tym, którzy szukają bardziej bestialskiej strony Darzamat, ale też nie ma tu przesadnej porcji sera (trochę go jest, ale kto nie lubi rozsądnej porcji?). Muzycznie – bardzo miła i dość emocjonująca wycieczka po rubieżach atmosferycznego metalu spod znaku środkowych dokonań Moonspell czy pozbawionego niepotrzebnej pompy Dimmu Borgir, ale także i klasykach rocka tu i ówdzie, czasami zahaczająca o klasyczny black, innymi razy poszukująca mniej oczywistych rozwiązań. Mam wrażenie, że za jakąś chwilę okaże się, że był to bardzo potrzebny powrót.

 

9/10

Darzamat na Facebooku – tutaj

nmtr

About nmtr

Pisał wszędzie i o wszystkim. Nudzi mu się.
This entry was posted in Recenzje. Bookmark the permalink.