Site icon KVLT

Def Leppard – „Diamond Star Halos” (2022)

Cenię Def Leppard, przede wszystkim z sentymentu. Co prawda nie załapałem się na szczyt popularności grupy, który przypadł na lata 80., ale już płytę Adrenalize (1992) katowałem za dzieciaka niemiłosiernie, otoczony plakatami Bon Jovi i Mötley Crüe. Kupiłem nawet niedawno ten album na CD, bo stara, zdarta kaseta magnetofonowa gdzieś się zapodziała. Cóż, kto nie lubi przywoływać muzycznych duchów przeszłości?

Piszę o tym tylko po to, by przestrzec, że może przemawiać przeze mnie pewna życzliwość dla recenzowanego materiału. Nawet jeśli melodyjny, stadionowy, uładzony styl grupy odszedł do lamusa, to nie wypada nie odnotować powrotu kapeli po pewnej studyjnej przerwie. Nie można też odmówić Def Leppard jednego – talentu do wymyślania melodyjnych numerów, który bez trudu identyfikujemy z wykonawcą. Echa niegdysiejszej świetności wciąż słychać w nowych piosenkach. A że po latach bliżej ich albumom jednak do Roxette (to żaden przytyk w kierunku szwedzkiego duetu) niż klasycznych tuzów hard rocka, to już inna bajka.

Ze względu na ten sentyment jesteśmy w stanie wybaczyć wiele. I pewnie dlatego płyty Diamond Star Halos słuchałem z pewną przyjemnością. Od ostatniego studyjnego albumu (Def Leppard z 2015) minęło trochę czasu. Zapamiętałem tamtą płytę jako szalenie nierówną – od naprawdę udanych numerów po rzeczy, które zasługiwały jedynie na miano wypełniaczy. Na najnowszym wydawnictwie nie zanotowałem szczególnych wpadek, a to przecież lekko ponad godzina grania. Jasne, są tu momenty ciut miałkie, pozbawione charakteru, bardzo „radio friendly”. Z drugiej strony, czy jakieś stacje jeszcze nadają taką muzykę?

Biorąc pod uwagę, że to album nagrywany w pandemicznym czasie – wokalista Joe Elliott przebywał w Irlandii, basista Rick Savage w Anglii, a gitarzyści Phil Collen i Vivian Campbell oraz perkusista Rick Allen w Stanach Zjednoczonych – udało się stworzyć dzieło zgrabne, gdzie nie słyszy się twórczej męki, zszywania niepasujących do siebie kawałków czy braku porozumienia. Głos Joe’ego brzmi wciąż młodzieńczo. Poszczególne partie instrumentów dobrze się przegryzają, a produkcja wydobyła z nich to, co wartościowe. Najciekawiej wypada początek płyty, w postaci pop/hard rockowych singli Take What You Want i Kick. To oczywiście granie, jakiego można by się spodziewać po Def Leppard i zdaję sobie sprawę, że znajdzie się tu także pewne grono malkontentów.

Oprócz pop rockowych, a momentami hard rockowych hymnów skrojonych do tupania nogą, dostajemy też melodyjne, podane z rozmachem i dramatyzmem ballady. W Goodbye For Good i Angels (Can’t Help You Now) gościnnie na fortepianie zagrał, znany ze współpracy z Davidem Bowie, Mike Garson. W aranżacjach nie zabrakło także miejsca na smyki. Wyszło z pewną dramaturgią, może nieco koturnowo, ale mimo wszystko z wdziękiem. Wiem, że dla wielu będzie to jednak komercja i miałkość, ale mamy do czynienia z zespołem, który sprzedawał niegdyś miliony płyt i konkurował z ejtisowymi gwiazdami muzyki. Nie oczekujmy rockowego garażu. Oni nawiązują do swojego dziedzictwa. Pojawiają się tu co prawda pomysły na nieco nowocześniejszą produkcję i elektroniczne wtręty, ale na szczęście z rzadka – automatyczny rytm w Lifeless czy w Unbreakable mi się mniej podoba, ale to już kwestia gustu.

Joe Eliott powiedział o tym albumie: Nie chcieliśmy nagrać płyty o tym, co tu i teraz. Chcieliśmy po prostu nagrać klasyczny album. (…) Uważam, że nagraliśmy doskonałą płytę. Nie jesteśmy już dzieciakami. Diamond Star Halos ma sens dla nas, naszej publiczności i świata. To album, który nas określa. Te słowa to klucz do polubienia płyty lub do jej odrzucenia. I takie Fire It Up choćby przynosi w pigułce to wszystko, co kojarzy się z nazwą grupy – z prostym rytmem, pewnym ułagodzeniem brzmienia gitar, refrenem z chórkami nadającymi się do wspólnego śpiewania, z tekstami, które powiedzą coś o sprawach ważnych dla starszych panów, ale też na swój sposób uniwersalnych.

Zespół nie ukrywa, że to hołd dla przeszłości i własnych młodzieńczych fascynacji – chociażby tytuł albumu został wzięty z piosenki T.Rex. Słychać tę nostalgię, klimaty lat 70., czasem wręcz beatlesowską melodykę, oczywiście połączoną z typowymi dla Def Leppard patentami. Jeśli taka formuła Was urządza, to posłuchacie z pewnym zaciekawieniem.

ocena: 6/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Exit mobile version