Do tej recenzji zabierałem się trochę jak do jeża. A w zasadzie zabierałem się solennie, lecz ciągle było jakieś „ale”. A to kolega zagadał, a to ktoś jakąś fajną płytę wrzucił i trzeba było kupić, zanim się zapomni. A jak już nie działo się nic, to wznawiałem porządkowanie mojej płytoteki, a to jest zawsze robota bez końca. I wszystko było lepsze od Når avgrunnen åpnes. Aż w końcu powiedziałem basta i postanowiłem wziąć diabła za rogi.
I muszę powiedzieć, że chyba jakoś podskórnie odkładałem recenzję najnowszej płyty Djevelkult, gdyż osiem kawałków i trzy kwadranse słuchania tego hordu to nie lada wyzwanie z kilku zasadniczych powodów, które postaram się wyłuszczyć poniżej.
Po pierwsze, melodyka. Z zasady wyznaję dwa kierunki, w których powinny iść płyty. Pierwszy z nich to muzyka klimatyczna, przesiąknięta grozą, złością lub mizantropią. Taka, w której twórcy dzielą się swoimi przemyśleniami ze słuchaczem i temu drugiemu wydaje się, że dostaje gorące, jeszcze bijące serce wprost na dłoni. Druga forma to zasłona z czystego wpierdolu, furia w krystalicznej i esencjonalnej postaci. Muzyka, od której dostaje się zawrotów głowy i mdłości.
Na najnowszym albumie Djevelkult kierunek muzyczny jest taki trochę nijaki. Muzyka nie jest ani szybka, ani wolna. Nie jest ani przejawem furii, ani mizantropii. Nie chwyta za serce ani za jądra. Linie melodyczne poprowadzone neutralnie zarówno w warstwie sekcji rytmicznej, jak i partii przesterowanych nieco gitar. Większość kawałków przedstawiona została w oklepanym stylu „umpa umpa”, tak na trzy czwarte. Oczywiście częstymi gośćmi w utworach są momenty blastowe i gitarowe solówki, ale i to nie porywa do tańca. Podobnie jak momenty, w których w utwory wkrada się nastrój doomowy (Apocalypse). Godne pochwały są jedynie partie wokalne. Przedstawione klasycznie bronią się jednak przed określeniem „wtórny” czy „nijaki”. Podobnie jak ostatni, najlepszy na płycie kawałek Vredeskvad. Szybki, zgrabny, bez zbędnych dłużyzn i nudzenia. Zresztą wokal też jest na nim najlepszy z całej płyty. Czyli że warto było poczekać do końca.
Ktoś mógłby pomyśleć, że skoro album wydaje Saturnal Records, to musi być super. Ktoś by pomyślał, że skoro kapela pochodzi z Norwegii, to to musi być sztos. A jeśli zespół istnieje od dziewięciu już lat i jest to jego drugi album, to nie ma siły, żeby nie było to dzieło dopracowane i przemyślane.
A wcale tak dobrze z tą płytą nie jest. U mnie to będzie bardziej wypełniacz półki, jeszcze jedna płyta stanowiąca tło black metalu i kolejny statystyczny średniak. Jeśli ktoś ma ochotę, zapraszam do przesłuchania. Link znajdziecie poniżej. Ja z chęcią przerzucę się na coś innego.
Ocena 5,0/10,0.
- Mysthicon – „Bieśń” (2025) - 28 sierpnia 2025
- Sombre Figures – “Streams of Decay” (2021) - 15 lutego 2022
- Nigrum Tenebris – “I am the Serpent” (2021) - 14 lutego 2022
Tagi: 2018, black metal, Djevelkult, Når Avgrunnen Åpnes, Norwegia, norweski black metal, recenzja, Saturnal Records.






