Z prądem postanowił popłynąć śląski Dragon, poddając się panującej ostatnimi czasy modzie na powroty po latach. Zarzuty o łaszeniu się na pieniądze można odrzucić w kąt po lekturze bookletu ich szóstego albumu bądź po zapoznaniu się z dowolnym wywiadem z motorem napędowym formacji – Jarosławem Gronowskim. Przy okazji koncertów wspominających pierwsze festiwale Metalmania po prostu powróciła iskra, a owocem jej jest Arcydzieło Zagłady – pierwszy studyjny materiał Smoka od dwudziestu dwóch lat. Zespół całkowicie pominął dwie dekady, w kolejną postanowił za to wjechać wraz z futryną – tylko czy dla Dragona AD 2021 jest na scenie miejsce?
Kto z powrotu Dragona ucieszy się najbardziej? Na pewno przeszczęśliwe powinny być wszystkie metalowe stare wygi, które szalały pod sceną w czasach, kiedy zespół był na fali. Arcydzieło Zagłady to takie samo granie, jakie pamiętać możemy z pierwszych trzech albumów zespołu, nawet jeśli miejscami wpływ Krzysztofa Oseta jest wyczuwalny (przede wszystkim w skomponowanym przez niego wałku tytułowym, ale nie tylko). To wciąż ta sama mieszanka thrash i death metalu, która przed laty ekscytowała ówczesną publikę, na dodatek posiadająca tę samą moc i zadziorność co wtedy (posłuchajcie takiej Klatki Przeznaczenia). Ponadto kwartet (drugim z nowych nabytków jest znakomicie spisujący się perkusista Mikołaj Toczko) dba o to, aby ich powrót po latach nie nużył – gdzieniegdzie usłyszymy czysty wokal Freda (wypadający lepiej niż dosyć siłowy, sprawiający wrażenie odrobinę wymęczonego growl), zaś część kompozycji imponować może swoim rozbudowaniem (Arcydzieło zagłady, Kłamca), nie zabraknie też czegoś podchodzącego pod balladę (Czas umiera) oraz kilku refrenów wprost skrojonych pod skandowanie ich kiedyś pod sceną.
No i jak fenomenalnie technicznie jest to zagrane, a także jak bardzo czuć tutaj luz. Słychać, że Panowie nadal mają w sobie to „coś”, i że po prostu dobrze się bawili przy tworzeniu tej muzyki, nawet jeśli proces nagraniowy nie przebiegał bez trudności. Brzmieniowo również nie ma się do czego przyczepić, jest tu przestrzeń i niemalże namacalny profesjonalizm, brak za to sztuczności i sterylności, o którą obecnie niestety dosyć łatwo. I tylko szkoda, że wśród tych ośmiu wałków brak jednego takiego, który w jakiś znaczący sposób wybiłby się ponad resztę, doprowadziłby do autentycznego opadu kopary – bo choć rewelacyjnych momentów nie brak, to trudno mi nazwać którykolwiek z tych numerów tytułowym arcydziełem.
Nie zamierzam jednak jakoś szczególnie na to narzekać, bo to, co zespół nagrał może i nie powoduje efektu „wow”, ale jest po prostu bardzo dobre, agresywne i ciężkie – dokładnie takie, o jakim fani zespołu jeszcze kilka lat temu nawet nie mogli marzyć. Arcydzieło Zagłady udowadnia, że Panowie wciąż mają jeszcze coś do powiedzenia i mam nadzieję, że ich powrotem z muzycznych zaświatów będziemy mogli nacieszyć się jeszcze dużo dłużej. Dobrze mieć Was z powrotem.
Ocena: 8/10
Dragon na Facebooku
- Morpholith, Moonstone, Triangle Choice – Katowice (08.04.2026) - 17 kwietnia 2026
- HellFuck – „9 Nails Hammered Into the Flesh of God” (2026) - 9 kwietnia 2026
- Pothamus – „Abur” (2025) - 31 marca 2026

