Problem z nowymi wydawnictwami jest taki, że nikt ich nie zna (Ameryka, co nie?). A skoro nikt ich nie zna to mało kto kupi. Wytwórnie więc dosłownie prześcigają się w wymyślaniu coraz to bardziej bzdurnych i zachęcających opisów. Zawsze mam sporą radochę czytając, że rzeczony materiał jest nowym poziomem brutalności, czy innych takich bzdur. W przypadku Drawn Into Descent notka zawierała coś takiego: „Beautiful and strong at the same time like waves that hit the rocks at the shore and the clouds that stay steady on a calm spring day”. Pomimo całkowitego braku interpunkcji muszę przyznać, że to chyba pierwszy raz kiedy notka ma rację.
Drawn Into Descent to projekt belgijski, świeży a nowy, a Drawn Into Descent to ich pierwsza płyta. Łatwo załapać. Wydane toto zostało pod koniec września Anno Domini MMXV przez Immortal Frost Productions w nakładzie ubogim, więc szybko zasuwaj kupić. Tak, to rekomendacja, bez zbędnych ceregieli powiem: dobre.
Mimo, że serce oddałem Matce Boskiej Grindcore’owej, to nie pogardzę też dobrym atmospheric black metalem. DID gra właśnie w takim stylu, choć nie tylko. Określenie ich po prostu jako atm black byłoby karygodnym niedomówieniem, gdyż Belgowie swoimi dźwiękami zahaczają o znacznie szersze rejony muzyczne. Głównie o post-rock, chociaż na krążku możecie dojrzeć sporo innych naleciałości, jak na przykład wręcz punkowe zakończenie Solitude lub rockowo/hardrockowe elementy Gallows. Wydawałoby się, że takie klimaty kłócą się z ogólnie panującą nostalgią, i zamyśleniem płyty. Nic bardziej mylnego, gofroroby nie dość, że potrafią połączyć dwa światy, to jeszcze robią to w sposób niesamowicie płynny. Ładny i przyjemny dla ucha. Zresztą, z tą nostalgią to chyba przesadziłem. Co prawda, jest typowy dla black metalu, zimny „sound”, jest też wszechobecne tremolo, niemniej dodanie do tego elementów post-rocka tworzy atmosferę spokoju. Zazwyczaj słuchając atm blacku wizualizuję sobie zimowy wieczór, pełen śniegu i lodowatego wiatru. Tu nie, Drawn Into Descent kojarzy mi się bardziej z jesiennym popołudniem. Jest chłodno, w ten dziwaczny, przyjemny sposób. Do tego muzyka nie jest mroczna (mimo, że zdarzają się też elementy bardziej depresyjne, jak początek The Realm of Unbecoming), więc możecie dodać sobie do tych obrazów śliczne, zachodzące słońce. Podoba się Wam taka perspektywa? Mi bardzo.
Drawn Into Descent płynie. Poszczególne numery łączą się na tyle dobrze, że praktycznie nie zauważałem przeskakiwania między nimi. Płyta potrafi klimatem wciągnąć, jednocześnie robiąc to w sposób subtelny i nieinwazyjny. Nie ma wad, nie ma elementów nietrafionych, nie ma dziur w atmosferze. Jest za to wciągający feeling, który dodatkowo podkreśla świetne, idealne wręcz do takiej muzyki brzmienie gitar, jest bas, który (alleluja, jaki ewenement!) słychać. I byłoby pięknie, gdyby nie wokal. Mam wrażenie, że dużo lepiej byłoby bez niego. Nie jest zły, ale nie jest też na tyle dobry, by pasować do reszty muzyki. I choć w późniejszej części płyty dysonans między instrumentami a człowiekiem staje się mniejszy, to na początku psuje efekt.
Pomimo powyższego zarzutu, Drawn Into Descent jest debiutem, jakiego życzyłbym każdemu zespołowi. Nie jest może jakoś superinnowacyjny, niemniej chłopaki nie podążają ściśle wyznaczoną ścieżką, dodając coś od siebie w sposób bardzo miły moim uszom. Mam przeczucie, że kolejne wydawnictwa będą jeszcze lepsze.
Ocena: 8,5/10
- Ayyur – „The Lunatic Creature” (2018) - 13 lipca 2019
- Psychopathic – „Phases” (2018) - 6 lipca 2019
- Himura – „Exterminio” (2016) - 30 czerwca 2019
Tagi: 2015, Atmospheric Black Metal, Drawn Into Descent, Immortal Frost Productions, kapitan bajeczny, post-rock, recenzja.






