Przejdź do treści

FEN – „Elemental (Part 1: Mourning Earth)” (2026)

16

To piękne, jak czasem muzyka wraca do nas inną drogą, jakby czekała, aż będziemy gotowi ją usłyszeć naprawdę.

Fen poznałem zupełnie przypadkowo. Pod koniec 2008 wpadła mi w ręce paczka z Code666 Rec. Pośród innych płyt był też ich debiut, The Malediction Fields, który nie zrobił na mnie kompletnie żadnego wrażenia. Ot, kolejna blackmetalowa płyta z klimatami leśnych elfów. Podziękowałem i odłożyłem na półkę. Nie spodziewałem się, że kolejne płyty zrobią na mnie jakiekolwiek wrażenie i skutecznie je ignorowałem, choć przesłuchiwaałem chociażby z dziennikarskiego obowiązku. I nagle ten Fen, który kiedyś wydał mi się kolejną elfią blackmetalową mgiełką, nagle wraca z albumem, który nie tylko zatrzymuje uwagę, ale wręcz otwiera drzwi do zupełnie innego świata

Również tym razem przypadek sprawił, że sięgnąłem po najnowszy album Elemental (Part 1: Mourning Earth). Przedpremierowe przesłuchanie to dla mnie nie lada niespodzianka.

O ile wcześniejsze albumy prowadziły przez mgły, w których człowiek zastanawiał się, czy to jeszcze muzyka, czy już geologiczny raport z przedmieść Londynu, tak tutaj bagna są bardziej… zorganizowane. Abyssal Plain czy otwierający album Tectonic to sprawnie skomponowane i zagrane kawałki osłodzone od czasu do czasu normalnymi, nieco nawiedzonymi wokalami.

Elemental (Part 1: Mourning Earth) wynosi Fen na wyższy poziom – tam, gdzie tradycyjny black metal stapia się z post blackmetalową wrażliwością, tworząc brzmienie jednocześnie pierwotne i nowoczesne. To równowaga między korzeniami a poszukiwaniem, między mrokiem a melancholią, która sprawia, że album pulsuje życiem jak zraniona, ale wciąż potężna ziemia.

O, dziwo, przemawia to do mnie i ciągnie w nowe muzyczne horyzonty. Fen potrafi zrobić coś, co nieczęsto się spotyka. Zamiast atakować słuchacza swoją estetyką, oswaja go z nią.  Ich brzmienie jest jak mgła, która najpierw otula, a dopiero potem odsłania krajobraz. I nagle okazuje się, że jestem dużo dalej, niż planowałem. To nie jest przekonywanie się do albumu. To jest trochę jakby ktoś pokazał mi mapę, na której nagle pojawiły się miejsca, o których nie wiedziałem, że chcę je odwiedzić.

Ciekawostką jest fakt, że kolor każdej okładki albumu Fen zdradza, o czym ten album tak naprawdę jest. Kolor okładki ósmego albumu nie tylko ujawnia jego koncepcyjny i muzyczny kierunek – on go wręcz przywołuje. Dominująca zieleń nie jest tu zwykłą barwą, lecz emanacją żywiołu, jakby sama ziemia odsłaniała swoje głębokie, pierwotne warstwy. W tej tonacji kryje się coś więcej niż estetyka. To ewidentnie znak, że album wyrasta z materii świata, z pulsującej, organicznej energii, która prowadzi słuchacza ku temu, co elementarne i pradawne.

A żeby nie było tak słodko, to są także i minusy. Mimo znaczącej progresji Fen sztywno trzyma się schematów, które wypracował przez lata, i nie chce eksperymentować. Jakby bał się, że każdy krok poza wydeptaną ścieżkę mógłby odebrać mu to, co już zbudował. Ta niechęć do ryzyka sprawia, że zamyka się w przewidywalności, w bezpiecznym mroku, który zna aż za dobrze. Zamiast otworzyć drzwi do nowych przestrzeni, Fen wybiera powtarzalność, jakby w tej powtarzalności było coś, czego nie potrafi porzucić. I właśnie to boli najbardziej: świadomość, że potencjał jest ogromny, ale pozostaje uwięziony w ramach, które sam sobie narzucił.

OCENA: 7,5/10
(Visited 1 times, 17 visits today)