Geezer Butler / GZR – „Plastic Planet” (1995/2020)

Geezera Butlera fanom rockowej i metalowej muzyki przedstawiać nie trzeba. Ikoniczny styl Black Sabbath, którego ważnym elementem było zarówno brzmienie jego basu, jak i teksty, na trwałe wpisał się w kanon, a jednocześnie stał się żyzną glebą dla kiełkujących przez dziesięciolecia inspiracji.

Sprawa z solową twórczością Butlera nie jest już tak oczywista. Nie można się temu dziwić. Artysta obrał w latach 90. kurs na nowoczesne wtedy brzmienia, a fanom Sabbath (oczywiście nie wszystkim) nie mogło się to podobać. Geezer szukał jednak odskoczni od sprawdzonych formuł i znalazł ją skutecznie, zabierając na pokład młodych muzyków. Do składu grupy G/Z/R, która wypuściła w 1995 roku debiutancki album Plastic Planet, dołączyli gitarzysta Pedro Howse (siostrzeniec Butlera), znany w działalności Fear Factory, Burton C. Bell na wokalu, oraz perkusista Deen Castronovo. Młodzieńcy wnieśli do projektu świeżość i doskonale dopasowali się do wizji nestora. Doskonała okazja, by przypomnieć sobie ten krążek, za sprawą wznowień, jakimi uraczyła nas firma BMG.

Pierwszy solowy album Geezera dla staroświeckich fanów Black Sabbath mógł stanowić nie lada wyzwanie. Zdecydowanie muzyka ta wpisywała się w ówczesne trendy, dążąc do industrialno-metalowego brzmienia i core’owych, rwanych riffów. Jest tu właśnie coś z rzeczonego Fear Factory, jest nowoczesny groove, jakiś drogowskaz na rodzący się nu metal. Często aktualne w danym momencie propozycje szybko wietrzeją z emocji i atrakcyjności, ale mam wrażenie, że Plastic Planet, jakkolwiek odebrana w tamtych latach przez fanów i krytykę z mieszanym entuzjazmem, wciąż zaciekawia. Może i dlatego, że gro zespołów, które parają się dziś ciężkim graniem, wciąż pozostaje w kręgach podobnych stylistycznych oddziaływań? Jakoś trudno wyrwać się groove metalowym kapelom z pułapki pewnych przyzwyczajeń.

Przeważają na Plastic Planet mocne numery, z wyraźnie nowoczesnymi akcentami w riffowaniu, o industrialnym posmaku, ale i odpowiednio urozmaicone (Catatonic Eclipse), śmiało mierzące się z trendami na ówczesnej scenie core’owej (Drive Boy, Shooting albo X13). Nie wszystko w tych numerach robi już dzisiaj wrażenie, ale trudno odmówić im siły wyrazu. Niekiedy G/Z/R zbliża się do niemal thrashowych standardów, albo raczej tych wypracowanych przez tuzów stylistyki crossover (Plastic Planet).

Niemniej jednak od czasu do czasu odzywa się w kompozycjach jakaś ciężka, hard rockowa/doomowa nuta, która niesie z sobą ducha wczesnego Sabbath – najczęściej słychać to w melodyjnych zaśpiewach w refrenach (Giving Up The Ghost i wspomniany już Catatonic Eclipse). Jest tu jakby ukłon w stronę dogorywającej wtedy sceny grunge’owej (The Invisible), a wiadomo, że na sabbathowych riffach też Seattle stało. A żeby dopełnić dość różnorodnej wizji całości, dostajemy też rozbudowaną kompozycję o prog metalowym charakterze (Seance Fiction) albo balladowy wstęp w duchu psychodelicznych odjazdów przełomu lat 60. i 70. (Cycle of Sixty).

Choć wiele tu nowego, to jednak duch dawnych czasów unosi się nad całością. Można zatem sięgnąć po wznowienie albumu (podpisane Geezer Butler), zwłaszcza że to pierwsza okazja, by posłuchać w wersji winylowej. Nawet gdy nieco mocy uleciało już z tej płyty, to jednak miks zawartych na niej pomysłów wciąż jest interesujący. Cóż, paradoks polega na tym, że częściej młode kapele z zainteresowaniem patrzą na stare dokonania Black Sabbath niż wydawałoby się aktualniejsze popisy Butlera w solowym wydaniu.

ocena: 7,5/10

 

Geezer Butler na Facebooku

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , .