Boxy BMG zawsze wywołują sporo zamieszania swym pojawieniem się na rynku. Dobrze wyprodukowane, bogato wyposażone i często zawierające materiały wcześniej niepublikowane, a pomimo nie najniższej ceny cieszą się sporym zainteresowaniem. Nie inaczej jest z wydawnictwem, jakie wytwórnia wykonała dla kolosów heavy metalu, czyli zespołu Black Sabbath, którzy postanowili przypomnieć swoją muzykę okresu Tony’ego Martina za mikrofonem. Wydawnictwo nosi tytuł Anno Domini 1989-1995 i miało premierę 31 maja roku bieżącego.
Anno Domini 1989-1995 to aż cztery albumy, które zostały wydane na CD i czarnym winylu. Na potrzeby recenzji otrzymałem winylową wersję boxu, opisaną jako Super Deluxe Edition (link do unboxingu). Headless Cross, Tyr, Cross Purposes i Forbidden zostały zapakowane w twardy box, ubarwiony złotą czcionką, który świetnie będzie się prezentował na półce i niewątpliwie stać się może poważnym powodem do dumy każdego kolekcjonera. Oprócz podstawowych krążków, wydawca włożył do pudła bonusy w postaci tour booku stylizowanego na oryginalny z czasów trasy koncertowej Headless Cross, plakat (również do tego albumu) i 40-stronicową książkę wypełnioną materiałami związanymi z albumami. Książka napisana jest w języku angielskim, więc ci, którzy tym językiem nie władają, będą musieli trochę się postarać, by zgłębić wszystkie ciekawostki, ale moim zdaniem warto.
Wszelkie reedycje zawsze spotykają się także z dużym głosem malkontentów uważających, iż nie powinno się majstrować przy oryginalnym brzmieniu. Tutaj brzmienie albumów zostało utrzymane w starej konwencji, nawet na nowo zmiksowany przez Iommy’ego Forbidden brzmi tak, jak powinien brzmieć Sabbath lat 90. Albumy co prawda są lekko odnowione, jest nieco czyściej, mocniej i jakby poprawniej, ale jest to różnica działająca tylko na korzyść. Stary klimat pozostał, skuteczniejsze jest jedynie „uderzenie” zapewniające efekt „wow” przy każdorazowym wprowadzeniu wosku pod igłę gramofonu co Wam zapewniam – pierwszy odsłuch Headless Cross (1989) mnie po prostu wgniótł. Znając ten album z kaset i niedoskonałych ripów zamieszczonych na YouTube, zostałem zniszczony brzmieniem remastera zawartego na Anno Domini. To samo tyczy się Tyr (1990), który obok Headless jest bez dwóch zdań najlepszym okresu Martina. Hard rock ubrany w klawiszowe tła brzmi tu bardzo przestrzennie i dominuje pomieszczenie, w jakim jest odtwarzany.
Idąc dalej w stronę albumu Cross Purposes (1994) muzycznie można wyczuć już zmianę. Iommy nigdy nie lubił stać w miejscu i pozwalał na ewolucję stylu BS, głównie dokonywał tego przy okazji zmian wokalistów, ale pozwalał sobie na to także bez takich okazji i Cross jest tego dowodem. Dwa pierwsze albumy Tony’ego Martina brzmieniowo i kompozycyjnie są wyraźną spuścizną końcówki lat 80., słychać to w każdym dźwięku tych płyt. Cross Purposes natomiast, będąc nadal melodyjnym hard rockiem, był już krążkiem reagującym na upływ czasu i mającym być bardziej „na czasie” przez co, gdy się go słucha w zestawieniu z wcześniejszymi, jest jakby odarty z magii. Jest znacznie surowszy i bezpośredni, utrzymuje wysoki poziom, lecz jest też albumem osadzającym Sabbath w nowocześniejszym spektrum. Po Cross przyszła kolej na najmniej lubiany krążek tej ery, czyli Forbidden, i słuchając go dziś na jednym oddechu razem z poprzednikami, wciąż jestem zdania, że był najsłabszy. Iommy w paru kompozycjach wrócił do riffowania z czasów Ozzy’ego i z Martinem na wokalu nie brzmi to przesadnie przekonująco, choć też jestem daleki od winienia wokalisty za te niepowodzenia, bo nie on pisał muzykę. Na albumie znalazło się kilka dobrych kompozycji, ale w moim uznaniu, jako całość brzmi to jak zlepek odpadów całej historii Sabbath – warto go znać, ale jestem daleki od zachwytu.
Reasumując. BMG kolejny raz stanęła na wysokości zadania, wydając dobrze przygotowany produkt. Mam również wrażenie, że przypomnienie tej konkretnej ery Black Sabbath było bardzo ważne Obserwując reakcje związane z wydawnictwem, widać wielki głód fanów i chęć „przeproszenia” się z tymi albumami, a nawet z pragnieniem ich poznania. Powszechnie uważa się okres Tony’ego Martina za najsłabszy w historii zespołu, ale gdy słucham Headless Cross czy Tyr czuję, że są w stanie stanąć w szranki z albumami z Ozzy’m i Dio. Wystarczy pogodzić się z faktem, że Sabbath to trzy różne etapy i nie ma potrzeby spierać się, kto był lepszy i cieszyć się z każdej sekundy i nuty nagranej przez potężnych mistrzów mrocznej sztuki zwanej metalem.
- At the Gates – „The Ghost of a Future Dead” (2026) - 10 kwietnia 2026
- Huge – „Not a Handful of Stones but the Sound of My Soul” (2025) - 9 kwietnia 2026
- Immolation – „Descent” (2026) - 29 marca 2026
Tagi: 2024, BLACK SABBATH Anno Domini 1989-1995, BMG, Hard Rock, metal, recenzja, review.






