Site icon KVLT

Ghost – Skeletá (2025)

Punktualnie niczym w szwajcarskim zegarku, w kwietniu tego roku swój 3-4-letni cykl wydawniczy podtrzymał Tobias Forge i jego budzący spore emocje wśród części “metali szlachetnych” (innymi słowy: takich z kijem wchodzącym jedną dziurą a wychodzącym drugą) Ghost. Tradycyjnie dla projektu, wraz ze Skeletą zmieniła się postać frontmana – Papę Emeritusa IV zastąpił Papa V Perpetua, Forge w nowej roli po raz pierwszy odsłonił sporą część własnej twarzy, a nowa płyta po raz pierwszy wzbudziła we mnie aż tak mieszane uczucia, że ich ujednolicenie zajęło mi ponad miesiąc.

Zacznijmy od tego, co na Skelecie działa – a jest to na pewno arcymocny początek. Rozpoczynające się od chóralnego wstępu Peacefield to świetny, podniosły otwieracz ze znakomitym refrenem gotowym do podboju stadionów na rozpoczętej już trasie Skeletour – Ci z was, którym przypadła do gustu Impera z miejsca poczują się jak w domu. Echem dawnych czasów jest na pewno singlowa Lachryma, której ciężkie riffy przypominają o tym, jak Ghost grał na Opus Eponymous czy Meliorze, “ejtisowe” klawisze sprawiają, że klimat wylewa się wiadrami, a przebojowy refren z miejsca wpada w ucho – dla mnie jest to najlepsza kompozycja Forge’a przynajmniej od czasu Faith i koncertowy pewniak. Marszowy Satanized dorzuca do tych pozytywnych wrażeń kolejny świetny refren, a poruszająca muzycznie oraz tekstowo ballada Guiding Lights jest jedną z lepszych, jakie wyszły z rąk Szweda. Swoją drogą, w kwestii ballad Skeletá jest chyba najlepszym pakietem – również wieńczące krążek Excelsis chwyta za serce. Oprócz wymienionych wyżej numerów, wybija się jeszcze szybki Marks of the Evil One, choć tutaj robotę robi przede wszystkim genialny w mojej opinii refren. Czy byłby on jednak tak genialny, gdyby nie pełne pasji partie wokalne Forge’a, który na Skelecie jest pod tym względem w życiowej formie? Na to pytanie na szczęście nie muszę odpowiadać.

A co z pozostałą częścią płyty? Początkowo ani trochę nie przypadła mi do gustu, i to pomimo faktu, że Tobias na swoim nowym dziecku postawił dość mocno na zadziorne gitary. Miesiąc odsłuchów sprawił, że koniec końców reszta Skelety siadła mi o wiele bardziej niż na początku, nie mogę jednak powiedzieć, abym był nią w stu procentach ukontentowany. Wprawdzie część utworów zawiera przynajmniej udane fragmenty (zwrotki De Profundis Borealis, “KISSowy” refren Missilia Amori), zawsze jednak udaje się to dobre wrażenie zatrzeć innymi partiami, takimi jak przesłodzone, dodające do miksu zdecydowanie zbyt wiele lukru klawisze, których na nowej płycie Ghost jest całkiem sporo (cierpi na tym chociażby bridge w Marks of the Evil One), nieszczególnie porywające refreny, będące zazwyczaj siłą zespołu (De Profundis Borealis), kiedy indziej nudne zwrotki (Missilia Amori) lub nawet całe kompozycje (Cenotaph, Umbra). Mamy więc do czynienia z kilkoma numerami, które po prostu nie spełniają wysokich standardów Ghost, a że zazwyczaj takich pozycji na tracklistach albumów zespołu nie ma wcale, bądź są to pojedyncze przypadki, konkluzja może być tylko jedna.

Skeletá jest najsłabszym z do tej pory wydanych albumów Ghost. Największa jak dotychczas liczba nietrafionych pomysłów zdaje się potwierdzać trwającą od czasu Impery zniżkę formy, a brak szybko wpadających w ucho hiciorów poza Peacefield i Lachrymą jest wręcz alarmujący. Nie wątpię, że szósta płyta zespołu przypadnie fanom grupy do gustu – mimo mojego rozczarowania sam uważam całość za dobrą. Liczyłem jednak na znacznie więcej, a bardzo udany początek jeszcze bardziej rozbudził mój apetyt, który nie został w całości zaspokojony, co z kolei prowokuje do zastanowienia się, czy aby okres szczytowej formy Ghost nie jest już wyłącznie przeszłością.

Ocena: 7 (z minusem)/10

Ghost na Facebooku

 

 

Exit mobile version