Grim Van Doom – „Grim Love” (2015)

Przyznam, logos zespołu perfidnie mnie zmylił. Możliwe, że jestem zboczeńcem na tym punkcie, ale za każdym razem widzę tam słowo Grind, nie Grim. No z grindem to ta płytka nie ma nic wspólnego, co w sumie widać już od pierwszego spojrzenia na bardzo, ale to bardzo ładną okładkę. I nawet taki nieobeznaniec tematu, jak ja, skapnie się, że to są sludge.

W recenzji tej będziemy omawiać pierwszy krążek niemieckiej formacji znanej jako Grim Van Doom (Ponura Furgonetka Zagłady???). Grim Love to ich pierwszy długograj, zawierający osiem utworów. Razem to czterdzieści minut ciężkości. Ponury walec napędzają WOOAAARGH i Aural Attack Productions.

Jeżeli zajrzysz w biografię zespołu zorientujesz się, że zbyt dużego doświadczenia chłopaki nie mają. Splicior i demówka to raczej niewiele. Niemaszki widocznie mieli ten fakt w poważaniu i wydali naprawdę solidny krążek sludge’owy. Tu nadmienię, że prawdopodobnie 70% redakcji zrecenzowałoby to lepiej… ale cóż, postaram się nadrobić dowcipem. Tak więc primo: podoba mi się ten album. Nie jestem wielkim zwolennikiem takich brzmień (choć może to ze względu na słabą orientację w terenie), niemniej Grim Love polubiłem wystarczająco, bym zechciał im się przyjrzeć trochę bardziej. Przede wszystkim, album ma miażdżąco ciężki sound. Nie chodzi mi o brzmienia typowo slamowe, mniej lub bardziej zbliżone do mitycznej brązowej nuty, to nie ta liga. Moc objawia się w niskich, doomowych brzmieniach oraz bardzo ładnym wokalu, szczególnie dobrze brzmiącym podczas wysokich krzyków. Także perka brzmi dobrze, talerze są pełne a stopa odpowiednio silnie pachnie basem. Bas zresztą też jest słyszany, a to już duża zaleta.

Zazwyczaj odbieram album jako jedną całość, a poszczególne utwory jako kolejne epizody. Natomiast Grim Love dużo lepiej słucha mi się w kontekście piosenek. Praktycznie każdy kolejny utwór ma w sobie coś innego, co jest fajne, bo nie nudzi. Weźmy na przykład taki Family Girl, który groove’ującymi rytmami, na czele z wykoksaną, dużo za krótką końcówką, buja nie gorzej niż Franek Kimono. Albo powolny walec nazwany The Storm, będący chyba najcięższym utworem na całym CeDku. Albo taki smutnawo-melodyjny Butchr. Snowfields też miażdży, ma bardzo przyjemnie zorganizowane chórki. Prym wśród nich wiedzie Thulsa. To chyba reprezentacyjny kawałek Grim Love. Zaczynający się trochę stonerowo, a trochę przygnębienie, by później gnieść słuchacza skrupulatnie a wielokrotnie niczym słoń, ewentualnie Magda Gessler. Temp szybszych na płycie nie uświadczymy, o dziwo jednak nie przeszkadzało mi to zbytnio. Kawałki są pod względem tempa idealnie dopasowane. Łatwo znaleźć w nich specyficzny flow, porywający do rytmicznego bujania głową. Czasami bywa trochę za wolno, niemniej jest to do przełknięcia.

Czy płyta ma jakieś wady? Prawdopodobnie tak. Ktoś bardziej zorientowany w temacie mógłby wiarygodnie powiedzieć, czy aby Grim Van Doomy nie zrzynają od większych i wcześniejszych. Pewien kumpel stwierdził, że to jak pomieszanie Crowbar i Cultura Tres, plus wokal z Pneumy. Możliwe, nie wiem, nie znam się, zabiegany jestem. Zresztą, rozmowa z wspomnianym jegomościem czasami przypomina zabawę w rebusy i anagramy, więc uwaga ta mogła być jednocześnie komplementem, jak i zarzutem. Któż jest w stanie poznać wyroki Papieskie?

Mi tam się podobało. Grim Love spodobała mi się jako odskocznia od zazwyczaj słuchanej przeze mnie muzyki, a i horyzont troszkę się rozszerzył. Polecam, bardzo dobry album.

Ocena: 8/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .