Groza – „Unified In Void” (2018)

Słuchając takich płyt, i patrząc na ogólny wizerunek osób je tworzących, nie mam cienia wątpliwości, że centrum black metalowego świata od jakiegoś czasu znajduje się w Polsce. Jedni są zdania, że był to długotrwały i skomplikowany proces, w wyniku którego mamy taki stan rzeczy. Zgadzam się z tym tylko w małej części, uważam, że nasi po prostu wzięli maczety, przeprowadzili krwawy blitzkrieg i ustanowili nowe prawa. Nad Wisłą tworzy się historia i wytycza drogi dla reszty świata. Polskie zespoły stały się na tyle potężne, że  doczekały się niemal cover bandów. Chociażby taka Groza. Grają jak Mgła, wyglądają jak Mgła, są bezimienni jak Mgła, zaczynali jako jednoosobowy projekt (by rozszerzyć się do kwartetu), nawet nazwę zespołu bezczelnie ściągnęli z pierwszej pełnej płyty Mgły. Jeszcze nie spotkałem się z przypadkiem, przynajmniej w muzyce, żeby Niemcy tak wielbili Polaków.

Część zapewne zdążyła się już zniechęcić, ale nie bez przyczyny wziąłem ten album na warsztat. Zawsze warto sprawdzić, czy to jeszcze inspiracja, czy już robienie laski, zwłaszcza, że Unified In Void to tylko niecałe 28 minut. Po odpaleniu płyty naprawdę byłem przekonany, że bezimienni Niemcy to bliźniacy Mikołaja Żentary rozdzieleni po porodzie. Brzmienie, struktury, blasty, tremolowe partie, wokal, riffy, tempo, klimat, no po prostu wszystko bezczelnie podpieprzone w biały dzień na oczach świadków. Pierwszy odsłuch minął szybciej niż się zaczął – wszak ukradzione wiadomo komu, a właściciel robi muzykę wybitną, więc czemu złodziej miałby bardzo odstawać. Przy kolejnych podejściach, spojrzenie jakoś samo zrobiło się nieco przychylniejsze. Wokal u Grozy jednak ciut mocniejszy. Gitary nie zawsze mielą tak złowieszczo. Słychać więcej sekcji. Perkusja ma trochę feelingu. Z całości zaczął się wynurzać zalatujący death metalem vibe, tak jakby chłopaki chcieli przełożyć Mgłę na język śmierci, ale zabrakło im odwagi. Ale ta deathowa nośność staje się całkiem dobrze wyczuwalna i dodaje albumowi troszeczkę charakteru. Szczególnie w bardziej melodyjnych i galopujących fragmentach, bo jak się dobrze wsłuchać w taki Unworthy, to i Dissection z tego wylezie. Thanatos też z czasem mocno zaczyna śmierdzieć melodyjną Szwecją. Końcówka płyty jest na tyle udana, że aż szkoda. Przez ponad pół płyty byli tak mocno zapatrzeni na Wschód, aż poczuli, że karki im drętwieją. Trochę nieśmiało i jednym okiem zaczęli zerkać na Północ i od razu lżej. Gdyby od początku obrali azymut na północny wschód to może byłby pełny relaks. Fragmenty pokazują, że najczarniejszy black z odrobiną szwedzkiego rozbujania jest zwyczajnie zajebisty.

Koniec końców, nie wiadomo, co zrobić z tym albumem. Groza sama ustawiła się w pozycji podnóżka Mgły, ciężko będzie w ten sposób zdobyć szacun. Inna sprawa, że płyty słucha się absolutnie znakomicie i na to też nie da się nic poradzić. To jest 110 % nowoczesnego, mocarnego black metalu, uwarzonego z polskiej smoły i w polskim kotle. Z delikatną nutką czegoś, co Groza być może będzie mogła nazwać własnym, jeśli na kolejnych wydawnictwach rozszerzy nieco horyzonty i doda więcej od siebie.

Ocena: 7/10

 

 

Rafał Chmura
Latest posts by Rafał Chmura (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , .