Site icon KVLT

Haken – „Affinity” (2016)

Brytyjczycy z Haken, jako jeden z zespołów definiujących współczesny rock progresywny, mają na swoich barkach ogromny ciężar. Liczne zarzuty o pretensjonalność i kopiowanie formuł wypracowanych przez legendarne grupy takie jak Genesis, Gentle Giant, King Crimson czy nawet Dream Theater są dla nich codziennością. Wydając „The Mountain” w 2013 roku, Haken skutecznie odciął się od tych oskarżeń, pokazując, że nawet w prog-metalu można jeszcze wiele zdziałać. „Affinity” tylko to potwierdza i zaskakuje jeszcze bardziej niż poprzednik.
Ten nieco ponad godzinny album nawiązuje stylistyką do lat 80., czasem będąc wręcz satyrą na ówczesną muzykę. Doskonale współgra z tym oprawa graficzna nawiązująca do systemów komputerowych z tamtych czasów. Warstwa tekstowa oscyluje natomiast wokół rozwoju technologicznego i społecznego. „Affinity” jest więc albumem koncepcyjnym, czego można było się spodziewać, znając nieco dyskografię Haken.

Muzyka zawarta na płycie odcina się od brzmienia klasycznego metalu progresywnego, zostając przy tym progresywną do granic możliwości. Na dziewięciu skrajnie różnorodnych kompozycjach oprócz wspomnianej już stylistyki lat 80. znajdziemy zarówno metal w najcięższym wydaniu, jazz fusion, jak i niemalże ambientowe przerywniki. Nie zabrakło też typowych dla nowoczesnego proga skomplikowanych riffów i zabawy z metrum.

Płyta zaczyna się sygnałem Morse’a niosącym niezbyt pomysłową wiadomość „Affinity Haken 1985”. Następnie pojawiają się dźwięki sugerujące awarię maszyny, które stanowią tło dla coraz głośniejszego werbla otwierającego pierwszy pełnoprawny utwór – singlowy „Initiate”. Jest to bez wątpienia najbardziej przewidywalna piosenka ze wszystkich, i pomimo chwytliwego, połamanego rytmicznie riffu w stylu Leprous, dynamicznie rozwijającej się „zwrotki” i dubstepowo-djentowego fragmentu, nie zapowiada szczególnie ciekawego albumu. Zaskoczeniem jest dopiero dziewięciominutowe „1985”, które wydaje się kwintesencją całej płyty. Pomysłowe partie gitar, szalenie skomplikowana perkusja uzupełniana o elektroniczne sample oraz tak plastikowe i kiczowate, że aż piękne klawisze razem stanowią o sile tego utworu. Nie mniej cieszy, a nawet rozśmiesza fragment około szóstej minuty, który wręcz krzyczy „lata 80.”.

„Lapse” pełne pięknych melodii i kolejnych szalonych motywów instrumentalnych znowu zachwyca. Jazzowe solówki Diego Tejeidy i Richarda Henshalla zapadają w pamięć na długo, a wokal Rossa Jenningsa robi wrażenie swoją klarownością. Po „Lapse” nadchodzi punkt kulminacyjny – ponad piętnastominutowy, epicki „The Architect”. Jest to chyba najmniej przystępny ze wszystkich utworów Haken. Przy pierwszym przesłuchaniu wydaje się chaotyczny i niezrozumiały, jednak z czasem ujawnia swoje piękno. Niewiarygodnie skomplikowane riffy gitarowe, momentami przypominające Between The Buried And Me, perfekcyjnie współgrają z imponującą perkusją, a klawisze zaskakują liczbą możliwych efektów. W cichszej części kompozycji popisową solówkę na basie gra Conner Green, upewniając fanów, że jest świetnym następcą Thomasa MacLeana. Gościnnie występuje tutaj Einar Solberg z Leprous i jak zwykle robi kolosalne wrażenie, tym razem growlując. „The Architect” jest jednym z tych utworów, które razem z „A Change of Seasons” Dream Theater czy „Black Rose Immortal” Opethu można spokojnie nazwać arcydziełem.

Karykaturalne, ale na swój sposób wzruszające „Earthrise” rozładowuje przepełnioną patosem atmosferę. Niestety po nim ujawnia się jedyny słaby punkt na „Affinity”. „Red Giant” wydaje się wciśnięty na siłę. Nie wnosi nic nowego do całości, jedynie na 6 minut zatrzymuje słuchacza niecierpliwie oczekującego na singlowe „The Endless Knot”. Tutaj jest już znacznie lepiej. Ten bardzo dynamiczny utwór z dużą ilością elektroniki i chwytliwymi melodiami jest przystępny i świetnie zachęca do przesłuchania całego albumu.
Zwieńczeniem „Affinity” jest powolne „Bound By Gravity” pełne melodii, które mogą doprowadzić do płaczu. Tak jak w przypadku „Somebody” na „The Mountain”, „Bound By Gravity” jest idealnym zakończeniem świetnego albumu. Utwór kończy się motywem rytmicznym z „Initiate” i wraca do dźwięków alfabetu Morse’a, tworząc klamrę kompozycyjną.

Affinity” całkowicie zasługuje na zdobyte uznanie. To jeden z tych albumów, których przesłuchanie od początku do końca jest prawdziwą przygodą. A ta długo się nie nudzi. Wręcz przeciwnie, z każdym kolejnym razem wydaje się ciekawsza. Prawdopodobnie za dwadzieścia lat „Affinity” będzie przedstawiane obok „Colors” Between The Buried And Me albo „Remedy Lane” Pain of Salvation jako jeden z najważniejszych albumów progresywnych XXI wieku.

Ocena: 8,5/10

Exit mobile version