Haunt – „Flashback” (2020)

Trevor William Church jest gościem z wymiaru, w którym czas musi płynąć wolniej. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że przez 4 lata funkcjonowania Haunt, zdążył wydać pod jego szyldem dwie EPki, dwa splity, kompilację i (sic!) sześć albumów studyjnych (z czego cztery w przeciągu ostatnich 16 miesięcy)? Nie wiem, czy poza Bucketheadem i King Gizzard & the Lizard Wizard byłbym w stanie podać przykłady innych stachanowców, którzy nie tylko zarzucają sobie tak mordercze tempo twórcze, ale jeszcze potrafią utrzymać przy nim pewien przyzwoity poziom wydawniczy.

Haunt potrafi.

Flashback to album nr 4 w dyskografii kalifornijskich harpaganów, oferujący dobrze znane z poprzedniczek granie, dumnie noszące na dżinsowej klapie przypinkę ‘new wave of traditional heavy metal’. Będące ukłonem w stronę minionych dekad i hard rockowo/heavy metalowego klimatu kompozycje, zaskakują zarówno swoją prostotą (a raczej tym, że pomimo niej, nie da się przy muzyce Haunt nudzić) jak i urzekają melodią, chwytliwością, witalnością i młodzieńczym entuzjazmem.

Tematem na osobną rozprawę jest też wokal wspomnianego T.W. Churcha, a dokładnie jego barwa i maniera. Ze swoim głosem gość mógłby spokojnie próbować swoich sił w ekipie jakichś pop punkowców, czy innej (bliższej mainstreamowi) drużynie pierścienia, tymczasem jemu tylko znanym sposobem, w Haunt udaje mu się uciec od kiczu i tandety, doskonale wpasowując się w uprawianą konwencję.

Bardzo rzadko zdarza mi się używać w kontekście muzyki określenia „fajna”, ale jeśli miałbym w końcu znaleźć dla niego zastosowanie, to przypiąłbym je do tej grupy. Po prostu.

P.s – sprawdźcie koniecznie ich pozostałe albumy, ostatni (wydany w kwietniu Beautiful Distraction) też kosi jak zły.

Ocena: 8/10

Synu
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: .