Hexenizer – „Witches Mentors Cult” (2016)

Hexenizer wziąłem do recenzji… bo tak. To był efekt czystego kaprysu, niepodpartego żadnym uzasadnieniem. Nigdy wcześniej o tym projekcie zresztą nie słyszałem i sprawdziłem z czym to się je dopiero po zaklepaniu materiału. I od razu zrzedła mi mina. Pewnie już zauważyliście że speed/heavy to nie moje klimaty? Cóż, Hexenizer to właśnie takie granie. Na szczęście nie było tak najgorzej.

Wydany całkiem niedawno Witches Mentors Cult to pierwszy wypust heavymetalowego tria. To także trzynaście kompozycji bardziej niż mniej shredderskich, dających łącznie czterdzieści kilka minut grania. Za puszczenie płyty w świat odpowiada Inferno Records.

Stylu tej kapeli łatwo się domyśleć po okładce. Trzech kozaków otoczonych gołymi pannami: no każdy, nawet ślepiec stwierdzi, że to metal wysoce tradycyjny. I tak faktycznie jest, choć nie do końca. Hexenizer nagrał niejako wypadową własnie tych tradycyjnych gatunków. To mieszanina heavy, power i thrash metalu, z ogromnymi ciągotkami do solówek, melodii i szeroko rozumianego wiosłowymiatania. I powiem wam, że to się sprawdza nawet w przypadku takiego heavysceptyka jak ja. Z zastrzeżeniem, że nie spodziewasz się po Witches Mentors Cult ciężkości lub ostrej atmosfery. To granie wyluzowane i zabawowe. Pełne wesołego, rock’n’rollowego podejścia. Dobre na lżejsze dni jako tło, choć nie powiem, że nie przyciąga uwagi. Zaczyna się oczywiście od shredderskiego introsa, później zresztą trafimy też na takież interludia i outros. Tak więc pierwszym pełnoprawnym kawałkiem jest The Witches’ Violator. Szybko też zaatakują nas (choć jednorazowo) typowo powerowe klawisze. W połączeniu z lekką, choć chwytliwą melodią dostajemy kawałek, który dobrze sprawdziłby się jako wstępniak do jakiejś kreskówki. Co wadą, wbrew pozorom, nie jest. W Witch or Bitch mamy sporo naprawdę niezłych motywów przewijających się przez cały kawałek. Na The Fucking Horny Witch of Hell mamy fragment rodem wyjęty z westernu, brzmiący klawo i ładnie pasujący do klimatu numeru. Mamy też Paganini & Bach będący shredderką całkowitą, skupioną na power metalu i muzyce klasycznej. Poza wspomnianymi kawałkami mamy także kupę podobnych do siebie zapychaczy, choć nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że są złe, nierozpoznawalne i mi się nie podobają. Mam do nich stosunek całkowicie neutralny. Nie zwróciłem na nie większej uwagi, ale też nie przeszkadzały mi zupełnie. A jak mi heavy nie przeszkadza to musi coś w nim być. Z drugiej strony, muszę wspomnieć o słabym, nudnym i wyjątkowo mało dopieszczonym Riding The Witch.

Zmieniłbym trochę produkcję płyty. Brzmienie jest dość jasne i słodkie i jako takie pasuje do muzyki, ale jest też stanowczo zbyt płaskie i suche. Na bas nie zwróciłem najmniejszej uwagi a perkusja… po prostu jest. Pełni funkcję tylko i wyłącznie wspomagającą gitarowe popisy. Które same w sobie są całkiem miłe uchu. Dobre melodie zdarzają się częściej, niż rzadziej, pomysłów twórcom nie brakuje, a i większy nacisk postawiono na feeling gitary niż maksymalnie szybkie i techniczne partie. A to duża zaleta. Za to wokal można całkowicie z płyty usunąć. Jest wyjątkowo pozbawiony mocy i polotu.

Płyta nie jest zła, wręcz przeciwnie. Jest przyjemna i w odpowiednich warunkach może dać sporo radości. Ciężko mi powiedzieć czy polubi ją fan metalu lżejszego, gdyż sam takim nie jestem, ale mi się całkiem podobało.

Ocena: 7/10

Kapitan Bajeczny
Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , .