Bieżący rok już i tak przyniósł nam bardzo dużo dobrych płyt, a wcale nie zapowiada się by na finiszu coś się w tej materii zmieniło. Mało tego, dalej znajduję kolejne warte uwagi albumy. Chociażby ten: nie tylko bardzo mordujący death metal, ale też solidny debiut. Infuriate wie, jak zacząć od wysokiego C.
Infuriate zawiera dziewięć numerów składających się razem w niecałe pół godziny brutalnej i technicznej młóćki, podanej całkiem oldschoolowo. Wydawcą albumu jest Everlasting Spew Records.
Ludzie, których serca biją do karkołomnych rytmów znanych z Deeds of Flesh chociażby, poczują się jak w domu. Infuriate porusza się w podobnych rejonach muzycznych i ani myśli dawać pardon lub chociaż na chwilkę zwalniać. Bardzo ładnie miesza brutalne groove’y, techniczne wybiegi i odpowiednią dawkę melodii, tworząc dekokt mocny i prędko uderzający do głowy. Jednocześnie żadnego ze składników nie poskąpiono i nie przelano, a fragmenty odstające od reszty kompozycji zdarzają się naprawdę nieczęsto.
Często za to zmieniają się riffy. Jest ich zatrzęsienie, ewoluują, a większość nie służy tylko jako zapychacze na następne dwadzieścia sekund (może to dlatego, że generalnie numery są dość skoncentrowane i krótkie, większość nie przekracza trzech minut). Pasują przy tym do tego całego miszmaszu. Części, które dla mnie sensu nie mają (dziwnie dorzucone zwolnienie w Only Past Remains, zahaczające o instrumentalny onanizm epizody na Engastration) są na tyle rzadkie, że w zasadzie nie przeszkadzają w odsłuchu, a na pewno bledną przy reszcie. Infuriate słucha się bardzo przyjemnie, łatwo się w nie wkręcić i zakręcić. Szczególnie gdy trafiają się tak pyszne niespodzianki jak początkowy motyw Slaughter For Salvation czy hardcore’owa przemoc na Engastration.
Dodajmy do tego brzmienie z wysokiej półki i bardzo solidną pracę muzyków. Te pierwsze jest w sumie dość powszechne dla brutal/techdeathowej stylistyki, ale szczęśliwie szala nie przechyla się za bardzo na żadną stronę, pozostając w ostrej i brudnej harmonii. Te drugie zaś zasługuje na dużo uznania. Wyraźnie słychać, że chłopaki to nie dyletanci ani amatorzy i wymiatać potrafią i lubią.
Przede wszystkim zaś, Infuriate zna umiar i bawi. Album nie nuży i nie męczy zalewem formy, w którym treść schodzi na dalszy plan. Często zdarza mi się mieć dość jakiejś płyty jeszcze przed końcem seansu. Tutaj to w zasadzie nie występuje, może co najwyżej pod koniec zabawa trochę blednie. Poza tym, Infuriate to bardzo mocny debiut.
Ocena: 8,5/10
- Ayyur – „The Lunatic Creature” (2018) - 13 lipca 2019
- Psychopathic – „Phases” (2018) - 6 lipca 2019
- Himura – „Exterminio” (2016) - 30 czerwca 2019
Tagi: 2018, brutal death metal, death metal, Everlasting Spew Records, Infuriate, kapitan bajeczny, recenzja, self titled, technical death metal.






