Site icon KVLT

INFURIATE – „Infuriate” (2018)

Bieżący rok już i tak przyniósł nam bardzo dużo dobrych płyt, a wcale nie zapowiada się by na finiszu coś się w tej materii zmieniło. Mało tego, dalej znajduję kolejne warte uwagi albumy. Chociażby ten: nie tylko bardzo mordujący death metal, ale też solidny debiut. Infuriate wie, jak zacząć od wysokiego C.

Infuriate zawiera dziewięć numerów składających się razem w niecałe pół godziny brutalnej i technicznej młóćki, podanej całkiem oldschoolowo. Wydawcą albumu jest Everlasting Spew Records.

Ludzie, których serca biją do karkołomnych rytmów znanych z Deeds of Flesh chociażby, poczują się jak w domu. Infuriate porusza się w podobnych rejonach muzycznych i ani myśli dawać pardon lub chociaż na chwilkę zwalniać. Bardzo ładnie miesza brutalne groove’y, techniczne wybiegi i odpowiednią dawkę melodii, tworząc dekokt mocny i prędko uderzający do głowy. Jednocześnie żadnego ze składników nie poskąpiono i nie przelano, a fragmenty odstające od reszty kompozycji zdarzają się naprawdę nieczęsto.

Często za to zmieniają się riffy. Jest ich zatrzęsienie, ewoluują, a większość nie służy tylko jako zapychacze na następne dwadzieścia sekund (może to dlatego, że generalnie numery są dość skoncentrowane i krótkie, większość nie przekracza trzech minut). Pasują przy tym do tego całego miszmaszu. Części, które dla mnie sensu nie mają (dziwnie dorzucone zwolnienie w Only Past Remains, zahaczające o instrumentalny onanizm epizody na Engastration) są na tyle rzadkie, że w zasadzie nie przeszkadzają w odsłuchu, a na pewno bledną przy reszcie. Infuriate słucha się bardzo przyjemnie, łatwo się w nie wkręcić i zakręcić. Szczególnie gdy trafiają się tak pyszne niespodzianki jak początkowy motyw Slaughter For Salvation czy hardcore’owa przemoc na Engastration.

Dodajmy do tego brzmienie z wysokiej półki i bardzo solidną pracę muzyków. Te pierwsze jest w sumie dość powszechne dla brutal/techdeathowej stylistyki, ale szczęśliwie szala nie przechyla się za bardzo na żadną stronę, pozostając w ostrej i brudnej harmonii. Te drugie zaś zasługuje na dużo uznania. Wyraźnie słychać, że chłopaki to nie dyletanci ani amatorzy i wymiatać potrafią i lubią.

Przede wszystkim zaś, Infuriate zna umiar i bawi. Album nie nuży i nie męczy zalewem formy, w którym treść schodzi na dalszy plan. Często zdarza mi się mieć dość jakiejś płyty jeszcze przed końcem seansu. Tutaj to w zasadzie nie występuje, może co najwyżej pod koniec zabawa trochę blednie. Poza tym, Infuriate to bardzo mocny debiut.

Infuriate na Facebooku

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)
Exit mobile version