Jeżeli nie rzuciła Wam się wcześniej w oczy nazwa Inrae, to nie ma potrzeby się dziwić. Białostocki projekt studyjny powstał na bazie wspominkowych pomysłów starych projektów gitarzysty Szymona Dradzińskiego. Przygoda z pierwszymi szkicami, które trafiły ostatecznie na Will Made Flesh zaczęła się ponad dekadę temu, by dziesięć lat później stać się materiałem zespołu Deathbrand. Zespół ten niestety nie przetrwał i lider zdecydował się utwory dokończyć samodzielnie, zaś by „wola stała się ciałem”, zaprosił muzyków sesyjnych. Szymona w samodzielnej przygodzie wsparli: człowiek o stu różnych growlach, Mateusz Sibila (Imperial Sin, ex Vissurdha) na wokalu, Krzysztof Klingbein (np. sesyjnie w Vader, Belphegor czy jednej z Batushek) na perkusji i bliżej mi nieznani Agata Laskowska na skrzypcach oraz Julian Konowalski na klawiszach. Materiał został zmiksowany i zmasterowany przez Piotra Polaka w Dobra 12 Studio, a okładkę i logo zaprojektowała Natalia Nowacka (Extinct Sacrif).
Jak widać po wstępie, materiał ten nie powstał drogą na skróty czy kompromisów. Lider wpompował w płytę nie tylko sporo pracy, ale i pieniędzy, by na dodatek także samodzielnie ją wydać – jak się mówi potocznie, „wóz albo przewóz”, wszystko zostało postawione na jedną kartę. Jaki jest efekt końcowy? Czy było warto?
Uważam, że tak. Will Made Flesh dał życie nowemu, ciekawemu projektowi i szkoda by było, gdyby te pomysły trafiły do szuflady. Otwierający płytę utwór tytułowy, zaraz po krótkim intrze, wgniótł mnie w fotel od pierwszych sekund. Powolne, złowieszcze wejście zwiastuje konkretne uderzenie i tak się dzieje w rzeczywistości. Kompozycja atakuje rasowym, technicznym death metalem, jakiego nie powstydziłby się Pestilence, Death okresu Spiritual Healing czy nawet Nocturnus. Kawałek jest rozbudowany, bogaty w różnorodne momenty, od zwrotkowego ciężaru, poprzez melodyjny zryw i solo, a na śpiewanych partiach Mateusza kończąc. Szczerze przyznam, że jak dla mnie Inrae w tym utworze pokazał, w jakiej materii najlepiej się sprawdza i ja osobiście takiego Inrae mógłbym słuchać cały czas, bo nasiąknięty starą szkołą, techniczny death metal, który nie zapomina o nowościach, brzmi tu potężnie. Kolejne kompozycje, mimo trzymania wysokiego poziomu, nie są tak zbite i tak cholernie optymalnie skonstruowane. Dopuszczają znacznie więcej wpływów i trochę się rozmywają, nie wykorzystując pełnego potencjału. Za przykład można podać już utwór z numerem dwa, Fractions, który utrzymany w wolnych tempach miesza w sobie ciężkie łamańce, „deathowo” brzmiące melodie z bardzo niezdecydowanymi zagrywkami, które się znalazły w zwrotkach (tu szacun dla wokalisty, który dał radę wybrnąć z tych dosyć nijakich momentów).
Trójeczka nosząca tytuł The Oaken Fortress to z kolei coś dla maniaków Schuldinerowych instrumentalnych miniatur. Szymon zdecydowanie nie wstydzi się inspiracji stylem gry Chucka, ale przekuwa te wpływy na swój styl, wykorzystując też trochę inną dynamikę i rytmikę niż tę typową, znaną z Death, bo w środkowej części zbliża się już bardziej do prog metalu czy nawet hard rocka. Jest to dosyć ciekawe posunięcie, aczkolwiek jednocześnie również sprawia wrażenie lekkiego niezdecydowania lidera i jest jedną z przyczyn pewnej niespójności Will Made Flesh.
Całość zamyka cover zespołu Depeche Mode do utworu Black Celebration. Już się tak przyjęło, że zespół ten jest uwielbiany przez metalowców ze względu na mrok i dosyć „złą” aurę w kompozycjach. Black Celebration w oryginale może nie jest najciemniejszym utworem w historii DM, ale nadal tkwi w nim ten charakterystyczny, ponury klimat, który niestety w wykonaniu Inrae znika. Melodie klawiszowe zostały przepisane na gitary w najbardziej oczywisty sposób, a zwrotki zbudowane na podbijanym rytmie pogłębiły uczucie oczywistości. Niestety cover ten jest dla mnie przykładem, w jaki sposób nie powinno się przerabiać utworów niemetalowych. Zapewne znajdą się fani takich przeróbek, ale dla mnie jest to rzecz niepotrzebna i totalnie psująca klimat i odbiór całości.
Pamiętać jednak należy, że materiał ten to swego rodzaju podsumowanie, a co za tym idzie można liczyć, że przyszłość przyniesie postępy. Szymon na tej płycie uporał się z demonami przeszłości, posprzątał archiwum i posklejał pomysły, by stały się akceptowalną całością w czasach obecnych. Liczę, że przyszłość przyniesie więcej konkretów, optymalizację stylu i większy nacisk na riff niż na dodatki w postaci wszędobylskich solówek i harmonii. Trzeba by się zastanowić czy Inrae ma brzmieć jak rasowy band, czy jak gitarowy projekt solowy.
Ocena: 6/10
- Total Annihilation – „Mountains of Madness” (2026) - 25 lutego 2026
- Casket – „In the Long Run We Are All Dead” (2026) - 25 lutego 2026
- Final Gasp – „New Day Symptoms” (2026) - 24 lutego 2026
Tagi: 2024, death metal, INRAE, INRAE Will Made Flesh, melodyjny death metal, recenzja, review, techniczny death metal.






