Płyta austriackiego tria Joyless Euphoria przeleżała się u mnie dokładnie rok. Trochę mi wstyd, gdyż sam nie wiem jak coś takiego mogło mi się przydarzyć. Może to wina bliżej nieokreślonej i licho wyglądającej okładki, która na myśl przywodzi mi ostatnią płytę niemieckiego Lantlos (Melting Sun – posłuchajcie, bo niezła), ale to także marne wytłumaczenie.
No nic, byka za rogi trzeba było wziąć i przesłuchać z uwagą te siedem numerów trwających niespełna czterdzieści minut. A zaczyna się obiecującym post blackowym hałasem. Mocno przesterowana gitara tworząca ścianę dźwięku niczym na Filosofem, do tego płaska perkusja i mocno zniekształcony (również cyfrowo) growl przypominający mi nieco J.J. z Harakiri for the Sky. Na Dissociation znajdziemy też klasyczne dla tego gatunku zmiany tempa i klimatu prowadzące hałaśliwy black wprost do klimatycznej ballady. Numer po prostu świetny, a deklamowana konwersacja pod koniec (chwyt jak z Writings on the Wall czy I am Become Death autorstwa An Erotic End of Times). The Orator niesie podobnie, za to Desperate Euphoria Part 1 wbrew tytułowi to fortepianowy nokturn, który przyrównać można do mojego ulubionego dema December’s Fire (Deszcz mą Łzą, Piorun Mym Krzykiem). Shoreline to powrót do Joyless Euphoriowych standardów, czyli klasyka post blacku ciąg dalszy. Wolne tempo dyktowane przez leniwe partie perkusyjne, przesterowane gitary i takiż wokal. Grave Hotel to kawałek przypominający najbardziej numer otwierający tę płytę, czyli znów miód (z łyżką dziegciu) na moje uszy. Perkusja ponownie pędzi, gitary rzężą, a wokalista wykrzykuje jak opętany. Utwór przedostatni zaczyna się nostalgiczną deklamacją okraszoną dźwiękami ulewy tylko po to, by chwilę później przejść w ostre gitary i krzyk. Album zamyka utwór About Me, jeden z bardziej dynamicznych na płycie. Żwawe tempo, nieco czystsza gitara ze znacznie bardziej wyraźnymi riffami powodują, że człowiek budzi się z otumaniającego letargu. I tylko wokal przypomina, że mamy dalej do czynienia z Dreaming In Ultraviolet. I bardzo dobrze, bo ten kawałek (po Dissociation) to drugi najlepszy utwór na płycie i po jego odsłuchaniu (nawet pomimo nostalgicznego zakończenia) aż chce się puścić płytę od nowa.
Joyless Euphoria dali popis post black metalu najwyższej próby. Poza faktem, że muzyka jest może nieco zbyt monotonna, nie mogę się przyczepić absolutnie do niczego. Swoją drogą po kilkukrotnym odsłuchaniu albumu muszę powiedzieć, że odczucia słuchowe poszły za wzrokowymi po obejrzeniu okładki. Jeśli lubicie post black, i to w wydaniu nieco bardziej klasycznym i przystępnym, będziecie zachwyceni. Jeśli zaś ktoś szuka w muzyce złości i fali uderzeniowej, Dreaming In Ultraviolet może się okazać płytą nieco zbyt uczesaną i grzeczną. Niemniej jednak tę pozycję mogę z czystym sumieniem polecić i jednym, i drugim. No i brawa dla Boergsma Records, bo to kawałek dobrej i dobrze wydanej płyty.
Joyless Euphoria na Fecebooku
Joyless Euphoria na Bandcamp
Joyless Euphoria w Encyklopedii Metalu
Ocena: 8/10
- Mysthicon – „Bieśń” (2025) - 28 sierpnia 2025
- Sombre Figures – “Streams of Decay” (2021) - 15 lutego 2022
- Nigrum Tenebris – “I am the Serpent” (2021) - 14 lutego 2022
Tagi: 2019, black metal, dobra płyta, Dreaming In Ultraviolet, Joyless Euphoria, post-metal, recenzja, review.






