Sześć lat przyszło nam czekać na następcę pozytywnie przyjętego przez publikę albumu Firepower (nasza recenzja TUTAJ). Czas oczekiwania dobiegł końca 8 marca. Oficjalnie możemy powiedzieć: The Priest is back! Czy podstarzali giganci heavy metalu wrócili ze studia z tarczą, a może jednak na tarczy? Oto Judas Priest i ich najnowsze dziecko – Invincible Shield.
Jeżeli ktokolwiek myślał, że moda na syntezatory rodem z lat osiemdziesiątych (w końcu) minęła, to jest w dużym błędzie. Oto bowiem Judasi, synonim wszystkiego, co heavy w metalu, otwierają swój dziewiętnasty studyjny album od oldschoolowych synthów właśnie. Utwór Panic Attack był pierwszym singlem promującym nowy placek Roba Halforda i spółki, a po jego przesłuchaniu można było szeroko wytrzeszczać oczy. Czegoś takiego jeszcze w dorobku Priestów nie było.
Od razu uspokajam – to intro jest jedynym romansem zespołu z ejtisowym brzmieniem elektro. Zwolennicy Painkillera odetchną z ulgą na wieść, że Invincible Shield to nie kolejne Turbo.
Niemniej jednak Panic Attack odgrywa na tym albumie znacznie ważniejszą rolę. Kompozycję tę odebrać można jako swoisty przegląd katalogu sygnowanego logiem Judas Priest. Kawałek kładzie podwaliny pod to, co Obrońcy Wiary serwują swoim fanom w dalszej części płyty. Świętujący parę lat temu półwiecze działalności legendarny zespół stworzył łącznie czternaście nowych numerów, które w różnym stopniu przywołują na myśl poprzednie dokonania kapeli.
Po elektryzującym wstępniaku posiwiali muzycy udowadniają, że ich umiejętności nie pokryły się kurzem w ciągu ostatnich sześciu lat. Kolejne numery – The Serpent and the King, a także tytułowy Invincible Shield – trzymają podobny poziom i szybkie tempo. Kompozycje te przywodzą na myśl płytę Firepower, która też opierała się na balansowaniu pomiędzy nowoczesnym i klasycznym brzmieniem Brytyjczyków. Jeśli ktokolwiek wątpi w możliwości Judasów, ten niech jak najprędzej sięga po trzy pierwsze numery z nowego placka.
W numerze Devil in Disguise Halford odważył się na pierwszy w jego dyskografii tekst z motywami odnoszącymi się do polityki. Wokalista bardzo skrupulatnie pisze swoje piosenki, o czym zresztą obszernie wspominał w autobiografii (Wyznanie, wyd. SQN, 2021). Trzeba przyznać, że warstwa tekstowa zawsze była mocną stroną Judas Priest, nawet jeżeli pierwsze skrzypce grała muzyka.
Na płycie Invicnible Shield znalazło się też sporo miejsca na ciut wolniejsze, choć wciąż mocne, utwory. Mowa chociażby o singlu Crown of Horns, a także Escape from Reality. Muzycy Judas Priest po raz kolejny udowadniają, że świetnie czują się w różnych stylistykach zdefiniowanego przez siebie heavy metalu. Zawdzięczamy to przede wszystkim niezmordowanemu triu Halford–Hill–Travis. Odnoszę wrażenie, że wszystko, co najlepsze na tym albumie, opiera się na harmonii pomiędzy wokalem a sekcją rytmiczną. Gitara wiodąca Richiego Faulknera oraz rytmiczna Glenna Tiptona stanowią tu zaledwie dodatek – niezbędny, choć niespecjalnie się wyróżniający. O ile Faulkner świetnie radzi sobie podczas koncertów, to wciąż jednak lepiej wychodzi mu naśladowanie K.K. Downinga niż tworzenie własnych niezapomnianych solówek.
Druga połowa krążka to kontynuacja wątków, które przewijają się na albumach, jakie Brytyjczycy wypuścili w XXI wieku. Jest to trochę nawiązań do Angel of Retribution, a także Redeemer of Souls. Jednakże zagorzałych fanów najbardziej ucieszy wrzucenie do jednego wielkiego priestowego kotła stylu znanego z Screaming for Vengeance oraz Defenders of the Faith, który czasami okraszony jest glamowym brzmieniem Turbo. Na uwagę zasługuje tu numer Fight of Your Life, który sprawia wrażenie nowoczesnego spojrzenia na debiutancki album Rocka Rolla. Z kolei fani, których doświadczenia muzyczne ugruntował Painkiller, odnajdą echa tego klasyka w numerze As God in my Witness.
Invincible Shield kończy się utworem The Lodger, który podtrzymuje tradycję zamykania albumów na pograniczu power ballady. Jak to zwykle bywa, koniec płyty pozostawia słuchacza w zadumie, a także oczekiwaniu… na więcej. Czy Halford i spółka będą jeszcze w stanie wykrzesać z siebie kolejny album? Judas Priest to zespół, który nie musi nikomu nic udowadniać, czego doskonałym przykładem jest ich dziewiętnasta płyta studyjna.
O ile Firepower zrobił na mnie dobre wrażenie już przy pierwszym odsłuchu, tak do Invincible Shield mam podejście ambiwalentne. Z jednej strony, podoba mi się ten unikalny stylistyczny blend, na jaki postawili muzycy. Płyta ta jest wyjątkową mieszanką różnych motywów, które przewijały się w twórczości Brytyjczyków od 1974 roku. Nie są to jednak bezmyślne kalki, a raczej luźne nawiązania. Judasi nie zjadają własnego ogona, ani nie gonią za młodością, choć nadal śpiewają „and nothing can stand in our way!”. Czerpią inspiracje z własnej dyskografii, dorzucając do pieca nowoczesnego spojrzenia na metal, ale robią to w sposób wyrafinowany, dbając o zrównoważenie proporcji.
Z drugiej strony trzeba jednak zauważyć, że gdyby ten album nie doczekał się swojej premiery, to nic wielkiego by się nie stało. Klasyczny katalog Judas Priest to przecież co najmniej kilka świetnych albumów z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Czy Invincible Shield zawiera zapadające w pamięć riffy i solówki? Próżno szukać tutaj drugiego You’ve Got Another Thing Coming czy Living After Midnight. Niemniej jednak, giganci metalu nadal wykonują swoją robotę i nieprędko wybierają się na muzyczną emeryturę.
Podsumowując, jestem ciekaw, jak kompozycje z najnowszego krążka Priestów wypadną na żywo. Single promujące album mają na tyle dobry vibe, że mogą być ciekawym urozmaiceniem koncertowej setlisty. O tym polscy fani przekonają się już niedługo, bo podczas koncertu Judas Priest + Uriah Heep + Saxon (30 marca, Tauron Arena Kraków).
Ocena: 7,5/10
Oficjalny kanał YouTube Judas Priest
- SiriusC – „Soil” (2025) - 8 listopada 2025
- Uulliata Digir – „Uulliata Digir” (2025) - 7 stycznia 2025
- Mirzam Antidotum Ov Marazm – „…There Is No Emptiness…” (2024) - 31 grudnia 2024






