Site icon KVLT

Lorien – „Sny moje” (2018)

Miłośnikom szeroko rozumianego rocka gotyckiego grupy Lorien z pewnością przedstawiać nie trzeba. Zespół mocno zaznaczył swoją obecność na scenie przed laty, a teraz, pod dłuższej przerwie, powraca wraz z nową płytą i świeżymi inspiracjami. Obecnie skład grupy tworzą: Inga Habiba (wokal), Piotr Kazała (gitara, wokal, sample), Rafał Głogowski (perkusja), Darek Goc (bas, syntezator basowy), Krzysztof Szmytke (lira korbowa, skrzypce). Wymieniam muzyków – a powinienem jeszcze realizatorów i producentów – nie bez przyczyny, bo mam wrażenie, że w przypadku albumu Sny moje wszystkie elementy ułożyły się w bardzo spójne dzieło, któremu każda z obecnych w studiu osób oddała to, co miała najlepszego do powiedzenia, choć w oszczędnym, nieprzeładowanym wymiarze. Owszem, muzyka o gotyckich korzeniach (a te w aranżach i mrocznej aurze słychać) niesie ze sobą pewne konwencjonalne założenia, nie zawsze akceptowalne dla wszystkich, ale nie można odmówić Lorien jasnego pomysłu i jego sprawnego wykonania, dodatkowo podanego ze szczyptą oryginalności.

Nie jest to też z pewnością płyta jednorodna i monotematyczna (słownie i dźwiękowo), nawet jeśli produkcyjnie spójna. Zespół potrafi prostymi, ale świetnie dobranymi środkami, wciągnąć w lekko niepokojącą, ale jednocześnie kuszącą rzeczywistość, co udowadnia już początek płyty w postaci I don’t i Mów do mnie. Czasem jest tu coś z chłodnego, ale bardziej piosenkowego oblicza The Cure, jak w Ciało na pół, innym razem Lorien ukazuje swoje mocniejsze, rockowe oblicze, co słychać w kawałku 45 albo jeszcze dosadniej w Stop wojnie, gdzie pojawia się wręcz metalowy riff. Zdarza się, że spokojniejsze momenty przeplatają się z nieco bardziej intensywnymi, narastającymi dźwiękami, jak w tytułowym numerze Sny moje.

Najciekawszym być może i jednocześnie mocno klimatotwórczym elementem tego albumu są folkowe naleciałości, najczęściej kojarzące się bałkańską albo bliskowschodnią muzyką źródeł. Lira korbowa, skrzypce oraz mniej oczywista rytmika przenoszą słuchacza do całkiem innego świata. Miasto tonie zaprasza wprost do krain z opowieści „Tysiąca i jednej nocy”. Ale to nie jedyny element tej egzotycznej podróży – oprócz instrumentarium, sporą rolę odgrywa tu wokal Ingi, który oprócz klasycznej gotyckiej maniery przywołuje w wokalizach echa tematów tak pięknie podejmowanych przez Lisę Gerrard, czy to w jej działalności w Dead Can Dance, czy solowych projektach (Faith-Healer i Nieważne).

Tekstowo płyta również lokuje się w niekoniecznie wesołych, gotyckich tematach, tyczących się uczuć, niepokojów, prób konfrontacji z rzeczywistością. Liryki (polskojęzyczne piosenki przeplatają się z angielskimi) podobnie jak muzyka wpisują się w konwencję tego typu grania, ze wszystkimi zaletami i ułomnościami. Kto je akceptuje, ten będzie po prostu zadowolony i łyknie Sny moje w całości. Inni mogą próbować się chociaż przekonać, nie gwarantuję, że z sukcesem. Płyta zresztą zyskuje po kolejnych odsłuchaniach, a najlepsze dla wypełniających ją dźwięków zdają się mgliste poranki.

ocena: 8/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Exit mobile version